Blog - Edyta Pazura | MaybeBaby

Mój Nowy Rok
(2019-02-24)

 

Czuje się trochę jak Bridget Jones, która w końcu schudła i po latach walki z nadwagą, pisze o tym swój filmowy pamiętnik lub ten pełen powagi głos z offu, który mówi mądre frazy na końcu każdego odcinka Grey’s Anatomy… Możecie sobie też wybrać własną wizualizację tego tekstu…
Po tygodniach walki z samą sobą, kontraktami, telefonami, pieluchami, nowymi dziecięcymi papkami i w końcu po wielodniowej walce ze snem posadziłam swoje cztery litery na kanapie, aby móc Wam „coś mądrego” napisać.

 


I kiedy tak sobie siadłam, odpaliłam komputer okazało się, że mam 10 % baterii, brak mojego ulubionego piwa bezalkoholowego w szafce ze słodyczami, a ulubione wełniane skarpety, właśnie się piorą, ponieważ weszłam w psie siki jakieś 15 minut temu. Moja mamusia powiedziała mi, że piwo bezalkoholowe jest dobre na laktację, a mnie tak zasmakowało, że wolę już tej wiedzy nigdzie na razie nie weryfikować.
Nie wiem jak długo dzisiaj „pociągnę.” Mam jednak nadzieję, że nie odpadnę przed komputerową baterią.
Ten rok był dla mnie wyjątkowo długi i męczący, ale przede wszystkim owocny w nowe doświadczenia. Ale też i przykre wnioski. Jedni ekscytują się Oskarami, drudzy nagrodami Przeglądu Sportowego, a ja za 2018 rok `zapewne otrzymam medal w wytrzymałości na ludzką głupotę, czego nie zamieniłabym nawet na Nobla.

 

Tak naprawdę poprzedni rok zakończyłam 17 lutego tego roku. Zamknęłam, zasunęłam firany i powiedziałam „bye, bye”.
Święta mieliśmy spędzić w Krakowie, jednak z przyczyn zależnych ode mnie, tak się nie stało. Nie wchodząc w szczegóły olałam system, gdyż moje poczucie sprawiedliwości zapewne zabiłoby mnie, gdybym nie pokazała, że mam rację.
Tak więc, kilka dni przed Wigilią zostałam sama z perspektywą ugoszczenia 10 osób przy stole. Nie miałam nic przygotowane; ani zapasów i żadnego pomysłu. Ten kto mnie dobrze zna wie, że chętnie już dzisiaj zaczęłabym przygotowywać Wigilię 2020, a wtedy miałam wrażenie, że z niemocy nie wiem jak nawet obrać buraka na barszcz. (i tu zasnęłam po raz pierwszy)
Obiecałam sobie ze wszystkich sił, nie będę się spieszyć i poratuję się niektórymi potrawami wigilijnymi „z zewnątrz.”- czytaj zamówię catering lub zgłoszę prośbę błagalną do innych członków rodziny.  Jak zawsze zaczęłam od corocznego dekorowania mojego domu. W każdym oknie powiesiłam świecący wianek, nad kominkiem zawitały kolorowe skarpety w mikołaje, a na komodzie postawiłam moje dziadki do orzechów. Choinka w tym roku miała być „swojska”- bez plastiku i brokatu. Udekorowana jedynie w szyszki, suszone jabłka, pomarańcze, cynamon, a za łańcuch robił sznurek z przywieszonymi naszymi starymi zdjęciami. Oczywiście od razu nastawiłam w telewizorze „record” filmu „Kevin sam w domu”, aby przez przypadek nie przeoczyć tego ważnego świątecznego wydarzenia. Zresztą święta bez Kevina to jak sałatka z kozim serem bez koziego sera. Moim dziecięcym marzeniem było wejść w posiadanie tak zacnej „chaty” jaką mieli Pańtswo McCallister. Zresztą jest to jedyny powód, dla którego od czasu do czasu odwiedzam kolekturę i kupuję kupon na „chybił trafił.”
Czułam się bardzo dziwnie. Z jednej strony chciałam dotrzymać słowa i nie stresować się, tak aby później podczas Wigilii cieszyć się kolacją, a nie odpaść o 19.00. Z drugiej jednak strony czułam jak wszystko we mnie się kotłuje, tak jakbym miała w klatce piersiowej mały samochodzik zapierdzielający 180 km/h. Robiąc ruchy w stylu slow-montion, przygotowałam kolację wigilijną, dokupiłam przystawki i z zaciśniętymi zębami przyjęłam uszka do barszczu od dziewczyny brata- przecież pierwszy raz od zawsze nie robiłam ich sama. Myślałam, że nie przeżyję, iż 50 % mojej kolacji wigilijnej jest tak zwanym kapitałem zewnętrznym, bo przecież my Polki musimy urobić się po łokcie, nie spać 5 nocy i zaliczyć trzy godziny snu w ciągu ostatnich 48h, tak aby kolacja Wigilijna została nam zaliczona przez rodzinę i nas same. Finalnie wieczór był oczywiście udany. Świetnie wszyscy czuliśmy się w swoim towarzystwie i jakoś przeżyłam, że sama nie kleiłam po nocy tych wszystkich pierogów. Najważniejsze jednak, że nie zasnęłam przy stole, a moje dzieci rozniosły mi niemalże kuchnie przez ilość wyprodukowanych bożonarodzeniowych pierników. Lukier znalazłam nawet na kurczaku, który przebywał w zamrażarce. Nie pytajcie dlaczego- nie znam odpowiedzi jak tam się znalazł.

 


 Całe moje święta i to, że w końcu postanowiłam je przeżyć na zupełnym luzie zawdzięczam dwójce starszych ludzi, których spotkałam podczas mojej przedświątecznej wizyty w „spożywaczaku.” Gdy tak chodziłam pomiędzy półkami szukając produktów według skrzętnie przygotowanej przeze mnie listy, nagle za swoimi plecami usłyszałam słowa, które padły z ust osoby w podeszłym wieku:
- Jak ja tych Świąt k.. nienawidzę…- powiedział starszy Pan do starszej Pani.
Słysząc ten nowoczesny zbitek słów z ust leciwej osoby, przysunęłam się jeszcze bliżej, aby w napięciu wyczekiwać dalszego ciągu.
* Noooo… -odpowiedziała starsza Pani.- Zjadą się te wszystkie pasożyty, nażrą się za darmo, przywiozą nam jakiś ch… krem za 20 złotych  i myślą, że będziemy zadowoleni…
Cała bolesna prawda o Świętach ukryta w dwóch zdaniach pary osiemdziesięciolatków. Już dzisiaj wiem, że dzieciom i „dziadkom” najbardziej zazdroszczę rozbrajającej szczerości. Pamiętam, że w tamtej chwili, zupełnie nie wiedząc czemu, jednak ucieszyłam się, że finalnie nie spędzę Bożego Narodzenia u rodziców.
Sklepowy dialog ustawił całe moje Święta, dzięki czemu spuściłam powietrze.  Było mi to w tamtym momencie bardzo potrzebne. Przy wigilijnym stole uświadomiłam sobie, że to jedne z najpiękniejszych Świąt w moim życiu. Nie dałam się wciągnąć w ten cały przedświąteczny szał nikomu niepotrzebnych prezentów i wyścig po kulinarną złotą kulę. Czyli jednak, jakiś cud się wydarzył tego wieczoru…
Boże Narodzenie to nie tylko czas cudów, ale jak dla mnie uzupełniania swojej wiedzy z internetowych newsów dnia. O chorobie Hashimoto słyszałam już chyba wszystko: że się przez nią grubnie, później chudnie, że zmienia rysy twarzy, ale i ostatnimi czasy jedna z osób powszechnie znanych oznajmiła, że jest to choroba śmiertelna…. No to wolę nie wiedzieć jak czytając to, poczuli się ludzie,  którzy mają raka…Ja też mam hasmimoto… Od jakichś 5 lat. Przez ten czas moje rysy twarzy wcale diametralnie nie zmieniły się, zaszłam w ciążę i urodziłam zdrowe dziecko. Co najważniejsze na tamten świat się nie wybieram… Przynajmniej tak się nie zapowiada.

 


„Za dużo nigdy o sobie nie mów, bo z zazdrości ślepy zaczyna widzieć, a głuchy zaczyna słyszeć…” Znasz to z autopsji?! No właśnie…
Poznając mojego Męża 12 lat temu, dosyć boleśnie na własnej skórze przekonałam się, jak ludzie są bezlitośni w swoich przekonaniach i z jaką łatwością przychodzi im oceniać innych.
Wiesz, ile jest prawdy w plotkach na mój temat czy mojego Męża? Szczerze? Jakieś 15% Zazwyczaj zgadza się nazwisko, wiek, ilość dzieci i pochodzenie, chociaż jak wielokrotnie historia pokazała i z tym był problem…
Do wszystkich wniosków po latach doszłam sama. To była operacja na żywym organizmie. Na początku wściekałam się, później chciałam się wszystkim tłumaczyć, następnie płakałam i cierpiałam, aż w końcu nastał w moim życiu błogi stan długo wyczekiwanego spokoju… Niestety mam dla Ciebie przykrą wiadomość. Każdy musi przejść powyższe etapy w swoim życiu, tak jak ja. Jeżeli jesteś chora/chory, to musisz wziąć lekarstwa, aby chcieć wyzdrowieć. Traktuj wszystkie pośrednie stany jako drogę do zdrowia. Łzy, ból, cierpienie, rozczarowanie jest wpisane w nasze życie tak jak szczęście, uśmiech czy miłość. Choroba będzie nawracać, a Ty po raz kolejny boleśnie przekonasz się, że przyjaciel, wcale nie jest Twoim przyjacielem, a stado hien znowu nieumiejętnie próbuje dopisać nową historię Twojego życia.

 


Ja też się o tym przekonałam w ostatnich miesiącach. Nagle patrzysz na kogoś i nie wiesz kim jest.  Próbujesz go „umoralniać” , sprowadzać na właściwą drogę, aż w końcu zdajesz sobie sprawę, że być może inni nie chcą żyć tak jak Ty… Jedni są porządnymi matkami, ojcami, córkami- mają określone priorytety takie jak rodzina, czy dzieci. Inni zaś chcą po prostu żyć pełną parą jak Californication, łapać wiatr w żagle. Nie przejmują się opinią innych, a ja sama też udaje, że owych opinii nie słyszę… Wiem jedno… Nigdy nikomu na siłę nie ustawisz życia. Czasami po prostu zostaje Ci rola obserwatora, mimo że wraz„kapitanem” na dno idzie cała jego załoga. Wiele moich znajomych wybrało źle, ale pomyślałam sobie, że ja nie chciałabym aby ktoś rozliczał mnie z mojego życia, (na przykład z tego, że mam Męża 25 lat starszego od siebie.) Z tego też powodu, ja nie rozliczam innych z ich wyborów, nawet jak mi się wydają najgorszymi na świecie. Lubię się jednak w takich momentach dystansować i nie utożsamiać z tym co mi nie pasuje lub nie jest zgodne z moimi zasadami.  Pewnie jest to moją cechą charakteru, że lubię mieć swoje zdanie. Wiem, że to się wielu osobom nie podoba, ale wolę to niż być kompletnie nudna i mdła jak mydło.  Mam dla Ciebie jedną radę. Przeszłam wszystkie stany emocjonalne, kiedy ktoś mnie obrażał lub kłamał na mój temat. Tak naprawdę w moim przypadku to never ending story. Lekarstwo jest jedno…CZAS I POKORA.  To jedyne co mam Ci do napisania i czego nauczył mnie mój Mąż. Wiem to na 100%.  Tylko spokojem możesz wygrać swoją racje. Pamiętasz co sobie pomyślałaś/pomyślałeś o mnie 13 lat temu? No właśnie... A dlaczego teraz mam nadzieję myślisz inaczej? Bo czas pokazał i pewnie nadal pokazuje, że jestem po prostu w porządku. Ty też bądź w porządku i czekaj na swoją kolej. Uważam, że prawda obok miłości to jedna z najmocniejszych sił na świecie. (no i jeszcze według niektórych uczonych fizyki kwantowej należy doliczyć do tych sił SEX)
Kiedy tak siedzę i użalam się, bo koleżanka koncertowo zrobiła mnie w „bambuko”… do drzwi MOJEGO świata przychodzi śmierć… Nagła strata osoby, którą znałam od pierwszych chwil mojego pobytu w Warszawie. W takim momencie wszystkie Twoje rozterki stają się trywialnymi banałami.  To nie ma już żadnego znaczenia, bo w tej właśnie chwili nie mogę sobie podarować, że nie spotkaliśmy się jeszcze raz; nie zrobiliśmy grilla, czy rodzinnej imprezy- bo on zawsze na takich był.


Podobno milczenie jest złotem- to największa bzdura jaką w życiu miałam okazję usłyszeć. Milczenie jest tchórzostwem, złamaniem ludzkich relacji, a być może przeoczeniem jedynej okazji na to, żeby powiedzieć drugiej osobie coś ważnego, czego nie będziecie mieli już okazji nigdy więcej powiedzieć.
Dlatego szanuj każdą chwilę, a kiedy jest Ci źle, bo koleżanka Cię okłamała czy wydaje Ci się, że plotka złamała Ci życie, to pomyśl sobie, że w tej chwili najprawdopodobniej ktoś odchodzi na tamten świat- często w bólu i w cierpieniu.
Kochajcie ludzi, bo ja postanowiłam kochać wszystkich, bez względu na kim są i co o mnie myślą…
 

 

Edyta Pazura

Edyta Pazura