Moje wpisy

Miniaturka postu

Ja matka- trzydziestolatka

    Podejrzewam, że pisząc w szkole rozprawkę Twój nauczyciel uczył Cię, że posiada ona określoną budowę: teza, argumenty oraz potwierdzenie lub zaprzeczenie postawionej tezy.  

Czy istnieje idealny wiek, w którym kobieta powinna zdecydować się na dzieci? Odpowiedź jest tylko jedna… NIE!
Generalnie na tym mogłabym zakończyć ten artykuł, ale pokażę Ci jak to wyglądało z mojej perspektywy i jak rodzicielstwo ukształtowało mnie samą. Niewątpliwie macierzyństwo zmieniło moje podejście do dzieci na przestrzeni ostatnich 10 lat. 

    Swoją przygodę z macierzyństwem rozpoczęłam dokładnie 10 lat temu, kiedy to w październiku 2008 r. dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Jakie uczucia towarzyszą wtedy kobiecie? Wszystkie: radość, strach, podniecenie, zagubienie, euforia przeplata się z melancholią, a łzy radości czasami przechodzą w rozpacz… Mimo, iż myślisz sobie, że jesteś świetnie przygotowana do nowej roli, to w głowie galopuje Ci cały czas odwieczne pytanie: „Czy ja dam sobie radę”?  

Oczywiście, że dasz sobie radę. Ja też bałam się wszystkiego. Mimo, iż każda z moich ciąż ( ze względu na moje zdrowotne przypadłości,) była co do dnia zaplanowana, to i tak kiedy dowiadywałam się, że zostanę mamą, myślałam sobie: „Jak to?”            
      Kiedy urodziłam Amelkę miałam 21 lat… Mimo mojej dojrzałości, wiadomo, że młodość rządzi się własnymi prawami. Jakimi? Nie moja Droga- nie chodzi mi o imprezowanie do białego rana z paczką starych znajomych i podrywanie pijanych facetów, którzy w alkoholowym upojeniu potrafią nawet wskoczyć na rurę, zamiast striptizerki go-go. Brakowało mi przede wszystkim życiowego doświadczenia, a cechowała mnie dziecięca, wręcz żenująca naiwność, na której żerowali niemal wszyscy. Mało tego, jako Żona MĘŻA aktora, rozwodnika, na dzień dobry została mi na czole doklejona łatka młodej, zmanierowanej kochanki- istnego pasożyta, żerującego na nieszczęściu całego świata. Można byłoby się tak długo rozpisywać, bo „koleżanki- dziennikarki” w tej kwestii były jak nos mojego syna: niby pusto, ale zawsze wydłubie się jakiegoś babola.  

Mojemu wczesnemu macierzyństwu to nie pomagało. Jako nieogarnięte dziewczę, godziłam się na tę „zastałą rzeczywistość” i naiwnie wierzyłam, że czas zweryfikuje „kto jest kto.” Na szczęście w tym jednym, nie myliłam się. To jakbym wygrała w totolotka, nie wysyłając kuponu :D
Wówczas miałam dosłownie wszystko na głowie: byłam świeżo poślubioną, 21-letnią żoną; mieszkając w Warszawie, studiowałam w Krakowie i codziennie mierzyłam się z wizerunkiem smarkuli w czerwonej kurtce, której wszyscy mogli narobić na głowę i jeszcze mocno przyklepać, żeby na pewno się trzymało.

     No więc jakie było to moje wczesne macierzyństwo?! Cholernie ciężkie. Z drugiej jednak strony, moje samozaparcie, które niewątpliwie zawdzięczałam ówczesnej metryce, pozwalało mi co czwartek pakować manatki i wraz z trzymiesięczną Amelką wsiadać do pociągu, studiować i z powrotem do Warszawy. Jak to długo trwało?! Ano trwało pięć pełnych lat moich studiów, podczas których podróżując pomiędzy dwoma miastami, urodziłam dwoje dzieci. Jak było? Uff… Nie było słynnego Pendolino, więc jeździłam pociągami w których to dziura na spuszczenie odchodów w toalecie była sennym koszmarem mojego najstarszego dziecka. Finał był taki, że do mojego plecaka NorthFace z którym podróżowałam co tydzień do Krakowa, przywiązywałam różowy nocnik mojego dziecka. W jednej ręce trzymałam Amelię a w drugiej jeszcze jej plecak z maskotkami i zabawkami. Włóczykij z Muminków wyglądał przy mnie niczym Królowa Elżbieta z angielskiego dworu podczas „tea time.” O jakiekolwiek klimatyzacji czy ogrzewaniu mogłam tylko pomarzyć. Z własnego doświadczenie wiem, że mężczyźni umieją świetnie podrywać w pociągach, (niektóre takie przypadki zakończyły się nawet małżeństwem) ale są także niczym terminator i kiedy widzą kobietę w ciąży lub z dzieckiem na ręku, zapala się im czerwony napis „nie pasuje”: co oznacza, że nawet nie spojrzą na Ciebie nie wspominając już o jakimkolwiek odruchu pomocy czy życzliwości…
    
     Mimo, że podczas przerw w zajęciach na UJ znajomi szli na fajki, a ja w tym czasie odciągałam pokarm w uczelnianym kiblu, to studia były dla mnie odskocznią od warszawskiego zgiełku. Oczywiście każde pytanie typu: „Edyta, wyskakujesz z nami wieczorem?” kończyło się moją negatywną odpowiedzią, to moi znajomi i tak bardzo mnie wspierali i tworzyliśmy niezłą paczkę. Oczywiście znalazła się i taka, która bardzo chciała zrobić mi na złość i z całych sił nienawidziła mnie, za to, że jestem… Wspominałam już, że czas weryfikuje niektórych? Ano właśnie… I w tym przypadku panienka tak mocno zajęła się szukaniem męża na poziomie i robieniem na złość, że zapomniała chyba napisać pracy licencjackiej, więc splagiatowała koleżankę… W każdym razie było wesoło i z perspektywy czasu, to moje studyjno- krakowskie macierzyństwo miało wiele plusów: byłam młoda i miałam tyle samo energii co ambicji, aby skończyć studia- nawet jeżeli miałabym lecieć w tym celu na inną planetę, a nie tylko PKP do Krakowa. Minusy? Byłam roztrzepana, rozerwana pomiędzy dwa miejsca i sama nie wiedziałam, gdzie jest mój dom. W dzień opiekowałam się dziećmi, a w nocy zakuwałam na studia. Pięknie?! No nie do końca, bo taki brak snu i walka o przetrwanie doprowadza często do frustracji. Zawsze jako matka dawałam z siebie wszystko, ale patrząc na moje starsze dzieci zastanawiam się czy mogłam im dać jeszcze więcej, a mniej wymagać od siebie.


     No właśnie… Co oznacza mniej wymagać od siebie? Jako trzydziestoletnia kobieta, będąc matką już bardziej dojrzałą i doświadczoną postanowiłam w 100% skupić się na swoim dziecku i sobie. Karmiąc piersią Amelię i Antosia, uważałam na każdy kęs jedzenia, niczym Stachurski karmiłam się energią słońca, a i tak nie pomogło to moim dzieciom uniknąć tzw. „kolek.’ W dzień niewyspana od płaczu dzieci, wieczorem od siedzenia w książkach. Przy Ricie spuściłam z tonu: jem dosłownie wszystko, ale za to jestem spokojną, opanowaną kobietą, która wie czego chce od życia. Pewnie kroczę przez to macierzyństwo, nie trzęsąc się o każdą pierdołę, ale i skupiam się tylko na swoim dziecku, bez charakterystycznego dla mnie roztrzepania. Tworzę nasze przyzwyczajenia i dbam o codzienne rytuały. Ten wewnętrzny spokój nie tylko umacnia naszą więź, ale i sprawia, że jestem spokojniejsza. Minusy? Nie wiem czy takie są, ale wiem, że teraz nie chciałoby mi się studiować i biegać z wywalonym jęzorem po uczelni błagając o wpis do indeksu. Teraz jestem świadoma, jak dużo mogłabym stracić z życia swojego dziecka i że czasu cofnąć się nie da. Wszystko to ukształtowało także mnie samą, charakter oraz podejście do życia. Niegdyś Helen Miren powiedziała słowa, które zrozumiałam dopiero niedawno, a brzmią one tak: „Teraz w wieku 70 lat, gdybym mogła dać sobie młodszej pewną radę, to brzmiałaby tak: używaj zwrotu „pierdol się” znacznie częściej” Gdybym miała wskazać różnicę, wczesnego i późniejszego macierzyństwa to w moim przypadku zacytowałabym słowa powyżej… Za dużo czasu poświęcałam rzeczom mało ważnym, ludziom, którzy na to nie zasługiwali, a moja uwaga była skupiona na tym, co w zupełności nie miało wpływu na moje życie. Mam świadomość, że jestem dobrą matką, ale teraz w wieku trzydziestu lat dodatkowo skupioną na tym co w życiu najważniejsze. Czego i Tobie z całego serca życzę. 



Autor: Edyta Pazura
Foto: Edyta Pazura

Miniaturka postu

Blizna...

Według wierzeń dawnych Słowian wrodzona blizna czy znamię na ciele była dowodem na istnienie reinkarnacji oraz namacalnym świadectwem przybycia naszych przodków na Ziemię. Blizna może mieć wymiar fizyczny jak i duchowy. Przypomina nam o przebytych operacjach, wypadkach, przejściach i traumach,ale czasami radościach i nadchodzącej nadziei. Sen o zasklepionych ranach wskazuje, że istnieją w nas stare urazy, których nie możemy się wyzbyć na poziomie emocjonalnym. Oznacza, że najprawdopodobniej tkwią w naszym wnętrzu bolesne wspomnienia z którymi sobie nie radzimy. Ta niemoc: jak w ogóle walczyć z piętnem przeszłości?


Blizna, ta fizyczna z okresu dzieciństwa bywa dla nas przestrogą na całe życie, która często przeradza się w przewrażliwienie na punkcie własnych dzieci. Szramy mogą być nie tylko bolesnym wspomnieniem, ale strefą tkliwą na dotyk i wzrok otoczenia.

Czasami znamiona wskazują na pewne demony przeszłości; przypominają o przebytym bólu i przykrościach. 

Rany na naszym sercu, niczym nie różnią się od tych które mamy na ciele. Wymagają tyle samo czasu na zasklepienie się, potrafią się „jadzić” i często zostają na całe życie.


Kiedy widzę obrazek wywracającego się dziecka i rodziców krzyczących: „ No dalej, wstawaj... Nie płacz- przecież nic się nie stało”- to odwracam się w drugą stronę. Dlaczego? Po prostu nie zgadzam się na takie zachowanie. Zastanawiam się wówczas, czy takie tłumienie emocji i bólu ma jakikolwiek sens dla przyszłego pokolenia. Przecież kiedy boli, lepiej powiedzieć: „Nie płacz... Jestem przy Tobie, pomogę Ci”. Wtedy i tylko wtedy blizna może kojarzyć się ze wsparciem i okazaną pomocą. Moje dzieci nie mają na szczęście blizn. Czy to znak, że jestem troskliwą matką? Może dowód na ich spokojny temperament? A może po prostu szczęśliwy zbieg okoliczności? Tego nie wiem...


Blizna w końcu może być symbolem wielkiej wygranej jaką jest życie. Udanej operacji czy przyjścia na świat dziecka. Czasami rodzących się nadziei na zwycięstwo nad nieuleczalną chorobą.

Często zadaję sobie pytanie: który rodzaj blizny jest najbardziej dla nas bolesny? I tak sobie myślę, że w większości przypadków blizny fizyczne są namacalnym dowodem urazów wewnętrznych: duchowych i psychicznych. Ten rodzaj doświadczeń jest dla mnie dowodem na ciągłe i wzajemne przenikanie się stref „sacrum” oraz „profanum”. To wszystko też staram się wytłumaczyć moim dzieciom, bo przecież nie widzimy miłości, a jednak ludzie się kochają. Tak samo jest z wiatrem... Fizycznie nie jesteśmy w stanie go złapać do pudełka od zapałek, a jednak... możemy zauważyć, jak pod jego wpływem uginają się drzewa. A czym jest blizna? To namacalny dowód naszego cierpienia albo i czasem szczęścia. Ma wymiar wielokulturowy-dla europejki może oznaczać wydanie nowego życia na świat, a dla dziewczynki z Azji czy Bliskiego Wschodu jest znakiem „obrzezania” , czy okaleczenia kobiecości na całe życie. Dwie blizny, w innych zakątkach świata i dwa zupełnie inne znaczenia... Pamiętaj jednak o jednym: finalnie BLIZNA to znak i symbol tego, że rana się zagoiła, a ból przeminął. Dla niektórych może być swoistego rodzaju KATHARSIS- niezbędnym do dalszego, normalnego funkcjonowania w życiu.


Dlaczego piszę o szramach właśnie na Maybe Baby? Dlatego, że jestem dzieckiem lat 80-tych i mimo dosyć modnego wtedy, surowego podejścia do małoletnich, nigdy w życiu nie zostałam okaleczona przez moich rodziców. Kiedy koleżanki i koledzy opowiadali mi o kolejnych fizycznych ranach, których zaznali od swoich rodziców- ja w ogóle nie wiedziałam co oznacza „dać w tyłek” „czy przylać pasem”. A wierzcie mi, że w Nowej Hucie można się było nasłuchać.... Zawsze zastanawiałam się, co to daje i jakie konsekwencje przyniesie dla dzieciaka, który za chwile pójdzie w świat... Najprawdopodobniej blizny w przyszłości dadzą o sobie znać pod postacią braku wiary w siebie lub co gorsze, przeniesieniem przemocy fizycznej na własne dzieci. Pamiętaj.... O tych ranach dziecko nie zapomni... Te blizny zachowane w sercu, zostaną przez całe życie i będą ze sobą niosły konkretne konsekwencje. WIem, że jest trudno, bo sama czasami mam ochotę „udusić” własne dzieci, ale nie o to w tym wszystkim chodzi... Pełnowartościowe wychowanie najmłodszych jest najtrudniejszą z walk, gdzie przyjdzie Ci się bić z własnymi słabościami, niedoskonałościami, zmęczeniem i lękami. Wygraj pierwszą rundę, a wierz mi, że później będzie już tylko łatwiej.


Kiedy Cezary pierwszy raz zdjął kołnierz ortopedyczny, powiedziałam: „Chodź Pazur, zrobię Ci zdjęcie”. Ustawiłam go na ścianie domu i „cyknęłam” trzy foty. Zobaczyłam zbliżenie na komputerze i już wiedziałam o czym będzie mój kolejny tekst-„Blizny”- pomyślałam... Niby widoczna, ale lekko zamazana i na drugim planie. Dlaczego? Bo naprawdę to twarz pokazuje ból...

Po co o tym piszę w tym właśnie kontekście? Bo blizna na ciele czy duszy najbliższych nam ludzi, jest również naszą blizną. Bierzemy część tego cierpienia na siebie, aby móc odciążyć ukochaną osobę.

Czym jest dla mnie ta blizna na zdjęciu? Ulgą.... Tak. Ulgą. Dobrze przeczytaliście. Jest znakiem, że miłość wcale nie równa się poświęcenie... Zawsze mi jednak wmawiano, aż zaczęłam w to wierzyć , że nie wróży to dobrze mojej przyszłości :)

Gdy związałam się z moim Mężem słyszałam w kółko to samo: „Bierzesz sobie na barki starszego faceta- za chwilę będziesz jego pielęgniarką”, „Po co Ci to? Za parę lat jak odchowasz dzieci, zamiast przeżywać drugą młodość, będziesz musiała poświęcać się i siedzieć przy schorowanym starszym panu...” 

Czy to kwestia dzisiejszego wszechobecnego egoizmu? Może niektórzy chcą żyć łatwo i przyjemnie, a pewne sytuacje są im nie po drodze? A może po prostu ktoś z otoczenia zatapiając się w swojej niezłomnej "zajebistości", chce Ci udowodnić, że wie wszystko lepiej od Ciebie...?

Miłość nie oznacza poświecenia, a poświecenie nie jest częścią kochania. Powinniśmy zdać siebie sprawę, że miłość to wielka siła! Jedna z największych w kosmosie, która według niektórych uczonych równa jest nawet sile energii atomowej. Kiedy więc wali się i pali, a dobrze wiesz, że

nieszczęścia zawsze idą parami- wcale nie musisz od razu składać na „ołtarzu” ofiary z własnego JA. Chociaż przyznam, że czasami bywa cholernie ciężko. Cierpienie, łzy, ból, nieprzespane noce.... A wszystko wtedy kiedy masz dwoje małych dzieci, rodzinę w szpitalu i w każdej chwili możesz zacząć rodzić. Dodatkowo znajdą się też tacy , którzy w i tak patowej sytuacji doleją oliwy do ognia, bo ich egoizm zwycięża nad jakkolwiek pojętą w dzisiejszych czasach wrażliwością. ... Ale wiesz co? W tym wszystkim ani przez chwilę nie pomyślałam, że się czemuś lub dla kogoś poświęciłam...

To dla mnie oznacza blizna mojego Męża: SIŁĘ, którą potrafiłam w sobie odnaleźć chociaż wszystko spadło na mnie jak grom z jasnego nieba.

Przy okazji dowiedziałam się kto jest przyjacielem, a kto tylko gra w celu zaspokojenia własnych potrzeb. Gdzie wtedy jest rodzina i kto tak naprawdę do tej rodziny faktycznie przynależy.

Aby nie zakończyć tego tekstu na smutno i nostalgicznie to w ostatnim czasie dzięki bliźnie Czara zrozumiałam jeszcze jedną ważną rzecz. Otóż już wiem dlaczego my kobiety, a nie mężczyźni rodzą dzieci. Poród odbywany przez rodzaj męski spowodowałby spadek przyrostu naturalnego o jakieś 80 %, przy równoczesnym, trzykrotnym wzroście opieki okołoporodowej! ;)


Edyta Pazura

foto: Edyta Pazura

zdjęcia:https://pl.depositphotos.com/home.html

Miniaturka postu

Pierwsza Komunia Święta- czyli przeżyj to sam :)

Chcąc, nie chcąc komunijny szał dosięga wielu z nas. Może któraś z moich wskazówek pomoże Ci przeżyć ten czas tak, abyś wspominała go, nie tyle co z pozytywnymi emocjami, ale co więcej, nie bała się kolejnych: większych, rodzinnych, imprezowych wyzwań :)


1. Wyluzuj!

To chyba pierwsza i najważniejsza zasada podczas tego ważnego wydarzenia, jakim jest Komunia Święta Twojego dziecka. Pamiętaj, że nerwy Ci wcale nie pomogą- wręcz przeciwnie; tylko zaszkodzą. 

Mało tego, przeniosą się na rodzinną atmosferę i dziecko. Dość, że będziesz zestresowana, to po wszystkim bądź pewna, że to właśnie Ty będziesz sprawczynią nieszczęśliwych zdarzeń podczas uroczystości. Partner będzie miał ochotę Cię udusić, a rodzina za plecami proroczo wyszepcze Ci wszystkie przykre następstwa Twojego zachowania. Weź parę głębokich wdechów i odpuść sobie dla swojego dobra i dzieciaka. Naprawdę nikt nie zauważy, że Twoja kiecka jest w kolorze jasnoniebieskim, a nie gołębim- jak to sobie wymarzyłaś. Naucz się przyjmować na klatę rzeczywistość taką, jaka jest; zamiast bić się i kopać z własnymi niespełnionymi pragnieniami. Wiem, że czasami masz ochotę przytrzeć nosa „Cioci Gieni” swoim profesjonalizmem i zawodowym podejściem do post-komunijnej imprezy, ale szkoda Twoich starań- ona i tak tego nie zrozumie.



Jeżeli Ty będziesz panikować,  to pomyśl sobie jak odbierze to Twoje dziecko... W tych dniach powinnaś być dla niego opoką, a nie histeryczką. Twój spokój, przeniesie się na luz dzieciaka. Pamiętam, jak za moich czasów cała komunijna otoczka była tak nadmuchana, że trzykrotnie uciekałyśmy z koleżanką sprzed konfesjonału... To bez sensu i chyba nie o to chodzi, żeby kościół i rodzina wzbudzała strach u kilkulatków. Opanowanie rodziców= spokój i poczucie bezpieczeństwa pociechy.  Zapewne wiecie, że każdy sakrament należy traktować z powagą, ale straszenie dziecka przez cały rok niezaliczonymi definicjami, modlitwami, diabłami i rzucanie w niego czosnkiem, niczego nie da. To ma być duchowa uczta, a nie szczyt G8.                                                                                                                                                                                                    


2. Nie wstydź się prosić o pomoc

Każda z nas chce być super-bohaterką- to normalne! Ja też jestem perfekcjonistką i „Zosią Samosią” Tylko pytanie: „po co?” i „za jaką cenę”?. To, że poprosisz rodzinę czy znajomych o pomoc w urządzeniu przyjęcia nie oznacza, że stracisz miano „mózgu” całego przedsięwzięcia. Pamiętaj, że na samą uroczystość powinnaś być spokojna i piękna, a nie wkurzona i na dodatek niezadowolona ze swojej fryzury, która przez natłok obowiązków była zrobiona „ na szybkiego”. Jeżeli masz tylko możliwość lokalową i finansową to „wyprowadź” samo przyjęcie poza granice swojego mieszkania.  Ja  często rezygnuję z domówek, ponieważ kosztuje mnie to za dużo nerwów i późniejszego sprzątania. Prawda jest też taka, że chcąc nie chcąc, organizując obiad w domu, to właśnie Ty przejmiesz rolę kelnerki ;) Możesz być pewna, że nie usiądziesz ani na sekundę.  Czasami istnieje możliwość najęcia osób z zewnątrz, które odpowiednio przygotują obiad, oraz przejmą na siebie obsługę Twoich gości. Z własnego doświadczenia jednak wiem, że to ryzykowna gra, gdyż tylko Ty znasz swoją kuchnię na tyle dobrze, aby swobodnie się w niej obracać. Milion pytań od od osób trzecich potrafi często „zabić” i doprowadzić do szalu. Najważniejsze jest to, żebyś pamiętała o wsparciu innych. Historia zna wiele takich przypadków, że przy samodzielnie przygotowanej rodzinnej imprezie, która na przykład  zaczyna się o 16.00, Ty zaliczasz "śpiocha" już o 16.30 :D


3. Postaw na prostotę!

Pamiętaj, że to Pierwsza Komunia, a nie ślub! Najważniejsze w tym dniu jest Twoje dziecko, oraz pozytywna, rodzinna atmosfera. Nie daj się sprowokować tzw: „pierdołami” Nie musisz najmować stylistki, makijażystki i florystki. Pamiętaj, że teraz bardzo modne jest organizowanie przyjęć w stylu boho.

Postaw na kwiaty w wazonie z własnego ogródka, świeczki, lampiony i proste białe serwetki. Taka „biesiadna” impreza na pewno przypadnie do gustu każdemu. Twoje dziecko samo może wcześniej przygotować wiszące rozety czy girlandy.  Zrób owocowe lemoniady w dzbankach i wystaw posiłki w ceramicznych naczyniach. Do tego chleb w koszykach i luźno rozrzucone poduchy. Taka swobodna atmosfera i rezygnacja z nadęcia, na pewno będzie sprzyjać długim rozmowom i sielskim zabawom dzieci. Przecież o to właśnie chodzi, żeby było miło i przyjemnie.

Nie zapraszaj 80 osób na zasadzie "bo wypada". Otaczaj się ludźmi naprawdę Ci przychylnymi i przyjaznymi, bo to oni także tworzą pozytywną energię całego wydarzenia. Zawęź grono gości do naprawdę bliskich Ci osób. Od razu zauważysz, że zaczniesz oddychać pełną piersią :) 


4. To odpowiedni czas na trudne rozmowy.


Opowiedz swojemu dziecku dlaczego w ogóle idzie do komunii. Nawiąż do kultury chrześcijańskiej i tego dlaczego sami- jako rodzice wybraliście taką drogę duchową. Dla mnie ten czas też był bardzo ważny. Powstały pytania dotyczące naszego braku uczestnictwa w przyjmowaniu komunii oraz całej sytuacji rodzinnej. Postaraj się przekazać dziecku, że religia ma wymiar duchowy oraz ten bardziej materialny; czyli instytucjonalny, na który nie mamy zbytniego wpływu. Przy okazji pokaż swojemu kilkulatkowi, że na świecie istnieje wiele innych religii związanych z kulturą, obyczajami czy położeniem geograficznym. Uczmy dzieci tolerancji wobec osób innego wyznania czy ateistów. Pokaż, że fakt, iż ktoś jest niewierzący, wcale nie oznacza, że jest od nas gorszy. Religia powinna rozwijać naszą duchowość pozytywnie, a nie czynić z nas fanatyków. Ja swoim dzieciom tłumaczę, że niezależnie od tego jaka jest nasza sytuacja życiowa powinniśmy patrzeć na drugą osobę przez pryzmat człowieczeństwa a nie religii. Fakt, że zostałam zablokowana przez Kościół, aby w pełni uczestniczyć w nabożeństwie nie oznacza, że jestem zła czy moja miłość do ich ojca jest nieprzyzwoita. Pamiętaj, że te wszystkie instytucjonalne ograniczenia nie mają wpływu na Twój rozwój duchowy oraz Twojego dziecka. Wystarczy chcieć :) 


5. Nie rób niczego na siłę.

Obserwuję, że dużo dzieci przystępuje do komunii „ bo wypada” lub  „będzie fajna impreza”. Czasami wręcz, do boju potrafi włączyć się babcia lub dziadek ze swoimi pięcioma groszami i zmusić dzieciaka  oraz Ciebie do przyjęcia sakramentu… Jestem zdania, że lepiej nie robić nic na siłę. Jeżeli to nie jest Twoja religia, nie czujesz bluesa i wiesz, że i tak po uroczystości zlejesz totalnie tę wiarę- nie rób tego… Nie posyłaj swojego dziecka do Komunii Świętej, jak nie umie się przeżegnać i nie wie po co w ogóle ta cała uroczystość. 

Nauczcie się szanować swoje poglądy i przekaż to też swojemu potomstwu. Możecie być pewni, że Wasze dzieciaki jako dorośli już ludzie podziękują Wam, że nie przeinaczaliście ich rzeczywistości. Nic nie stoi na przeszkodzie, że za kilka lat Twoja pociecha sama dojdzie do wniosku, że jest osobą wierzącą i chce przyjąć sakramenty. Ale jeżeli teraz masz to zrobić lewą ręką za prawe ucho, to odpuść i nie ucz swojego kilkulatka powierzchniowości już od najmłodszych lat. 

Disneyland zamiast komunii?! Hmmm… Ja mówię stanowczo; „NIE!” Jeżeli jesteście niewierzący, wytłumacz dziecku, że po prostu tak jest i już. Może to kilkulatek, ale nie traktuj go jak jakiegoś „przygłupa.” Nie musisz wynagradzać dzieciakowi czegoś, co i tak go nie dotyczy….Fundując drogie wycieczki czy prezenty w zamian za komunijną imprezę, nieświadomie wpędzasz własnego dzieciaka w poczucie winny i wyobcowanie. Takie jest wasze życie i koniec kropka. Wcale nie jest przez to gorsze od innych. Naucz przyjmować na klatę rzeczywistość taką jaka jest i szanować własne życie. Tylko w ten sposób nauczysz tego samego swoje dziecko. 


Autor: Edyta Pazura
zdjęcia:https://pl.depositphotos.com/home.html

Miniaturka postu

Kobiety mojego życia

Jestem kobietą i aż kobietą... Dojrzałą, świadomą, mądrzejszą... Już nie dziewiętnastolatką...... Nie daje się okłamywać i wmówić sobie kolejnych bzdur. Jestem tylko człowiekiem i aż człowiekiem... Czasami mam ochotę, tak jak na tym zdjęciu, schować szkliste oczy za czarnym makijażem. Lubię kiedy ktoś mi mówi: „Nie płacz Ptaszyno.” Staram się nie okazywać światu swoich słabości i na przekór wszystkim jestem sobą. Wraz z upływem lat, staje się coraz większą egoistką... i dobrze! Każda kobieta powinna umieć zawalczyć o siebie, ale i jednocześnie mieć prawo bez tłumaczenia, wylać morze łez... Kiedyś zależało mi na tym, żeby wszyscy mnie kochali i szanowali. Dzisiaj przede wszystkim to ja kocham i szanuje samą siebie. To co myślą o mnie inni jest dla mnie zupełnie nieważne. Niczego już nie oczekuje od drugiego człowieka; wiem, że lepiej być mile zaskoczoną , niż niemile rozczarowaną. 

Już niedługo na imaybebaby.com mój autorski cykl: „Kobiety mojego życia”

Przedstawię Wam sylwetki ważnych i jednocześnie silnych kobiet, które spotkałam na swojej drodze. ich niezwykłe historie i pokaże jak wielka jest nasza moc. To będą prawdziwe, wzruszające, smutne, zabawne, wyciskające łzy, przerażajace i czasami wesołe opowieści. 

W czasach kiedy kobieta- kobiecie wilkiem, chcę pokazać jak bardzo się od siebie różnimy. Nasza różnorodność nie jest jednak powodem do wystawiania sobie wzajemnie negatywnych komentarzy czy wytykania wad. 

Pamiętaj: To co dla Ciebie jest normalne dla kogoś innego może być zupełnie nieznane- a medal ma zawsze dwie strony... 

Miniaturka postu

Dobry zwyczaj?- Nie dotykaj!

Niewątpliwie my kobiety to nieprzejednana mieszanka sacrum i profanum. Z tym drugim, zmierzamy się każdego dnia.  Można śmiało stwierdzić, „że nic co ludzkie nie jest nam obce.” :) Czasami mam wrażenie, że opanowałyśmy większość zawodów świata w jednej osobie: matka, żona, sprzątaczka, kucharka, księgowa, menadżer, nauczyciel,kierowca, hydraulik i elektryk w jednym. To tylko część wykonywanej przez nas czarnej roboty.

Z moim osobistym, kobiecym sacrum, miałam do czynienia  dwa razy w życiu, podczas moich ciąż. Jednak za trzecim razem, porzuciłam to co święte i zabroniłam innym dotykać mojego ciążowego brzucha. „Obmacywaczom” mówię stanowczo; NIE


Gorące wakacje. Jesteśmy w jednym z włoskich, historycznych miast, pełnych starożytnych rzeźb; nagich, muskularnych męskich i żeńskich postaci. Stoję, obserwując turystów i jak się okazuje największe zainteresowanie wzbudza fontanna z postacią nagiego, rzymskiego mężczyzny. Po chwili widzę, jak jedna osoba za drugą ( przeważnie płci żeńskiej) podchodzi do rzeźby i maca kamienistego „siurasa” wydobywając  przy tym z siebie dziwne dźwięki zadowolenia.  „No cóż”- pomyślałam ” Taki mamy klimat…”

Zawsze uważałam, że tkanka miękka jest bardziej atrakcyjna od tej stwardniałej, ale chyba nasz ludzki atawizm, każe nam dotykać tego co inne i jeszcze nie do końca poznane? Z drugiej strony, może to rodzaj jakieś terapii sensorycznej dla dorosłych? Tego nie wiem i chyba wolę dla własnego zdrowia psychicznego nie wdawać się w szczegóły, dlaczego kamienne przyrodzenie budzi tak wiele sensacji… O  ile  zatwardziałemu rzymianinowi takie macanie, zapewne nie przeszkadzało, to mi w ciąży wręcz odwrotnie.


Od zawsze utrzymywałam duży dystans do osób trzecich, przeważnie ten cielesny, który być może stał się dla mnie już obsesyjny. O ile jako niedoświadczona 21 latka, chciałam zachować powagę sytuacji i godziłam się na ostentacyjne dotykanie mojego ciążowego brzucha. Tak, kończąc lat 30- obiecałam sobie, że już nigdy nie zgodzę się na coś, co jest sprzeczne z moimi nawykami.


Kochana kobieto, kochany mężczyzno! Jeżeli zobaczysz brzemienną, nie biegnij do jej brzucha z wyciągniętą ręką,  jakbyś miał sięgnąć po kluczyk do nowego Ferrari. To nie jest święty Graal. Mimo jej błogosławionego stanu, wierz mi… Za sprawą twojego dotyku; ciężarna nie zniesie złotych jajek, nie wygrasz w totka, nie odwróci się zła karta, nie pojawi się nad Twoją głową aureola, samo się w domu nie posprząta i generalnie niczego lepszego się nie spodziewaj. Kobieta ciężarna to nie fontanna, do której można wrzucić złote klepaki w zamian za obietnicę dostatniego życia. Jedyne czego możesz się spodziewać to  szczęścia, że w zamian za „obmacywanko"  jej brzucha nie dostałeś/aś w łeb. 


Oczywiście uwielbiam kiedy mój brzuch dotykają mąż i dzieci. Nie jestem jednak pewna intencji osób trzecich i dostaje furii, kiedy ktoś ze swoimi rękoma próbuje mnie tknąć w zamian za osiągnięcie bajkowego szczęścia, które ma przynieść owe dotknięcie brzucha ciężarnej.. O ile kiedyś nie umiałam nikomu odmówić i zaciskałam mocno zęby, tak dzisiaj po prostu na to nie pozwalam. 

Kiedy jedna z osób, próbowała zaznać legendarnego błogosławieństwa  za sprawą dotknięcia mojego, już dosyć sporego brzucha , powiedziałam wprost, żeby tego nie robiła. Oczywiście wtem pojawiło się magiczne: a dlaczego? 

    „ A no dlatego moja miła, że jakbym obmacywała przyrodzenie Twojego mężczyzny, to raczej nie byłabyś z tego powodu najszczęśliwszą kobietą na świecie”.
    Wiecie co?! Jednego jestem pewna. Z moją rodzimą bezpośredniością jest tak, jak z polską gościnnością. Nie ma sobie równych i na dodatek dzięki niej, od razu osiągamy zamierzony cel :) 

Polecam!

Miniaturka postu

Czarny piątek, biały poniedziałek- czyli moja szara środa

Życie ze znanym aktorem jest dosyć… dziwne. Ktoś sławny cały czas jest na świeczniku i tak naprawdę nie wiedząc do końca czemu, piszę się o każdym aspekcie jego życia. Większość z tych „newsów objawionych” a raczej jakieś 90 % to tzw „licentia poetica” osoby która umyśli sobie, że akurat dzisiaj bierze na tapetę „ Panią X” (Obstawiam, że jej oczy zielone, człowieka- czyli „Panią X’ nigdy nawet nie widziały) 


    Te niczym niezbadane zjawiska nadprzyrodzone, nauczyły mnie jednak dosyć sporo; mam w życiu dużo pokory, cierpliwości i zawsze zanim wyrażę swoją opinię, przez długie miesiące pozostaje bacznym obserwatorem. 

Tak było i ostatnio. Z wielkim zaciekawieniem przyglądałam się niektórym ludziom, którzy w środę rysowali sobie czarną kreskę na ręce jednocząc się z chorymi na  zespół Downa; w piątek szli na czarny protest, a w niedziele dumnie maszerowali z palmą do kościoła. Wiem jednak, że nic mnie już w życiu nie zdziwi. Pozostało mi tylko dalsze „podglądanie”.

Z tych wszystkich historii ostatnich kilkunastu miesięcy nasunęła mi się jedna myśl… Ci co najbardziej walczą o wolność i tolerancję, tak naprawdę tolerują tylko siebie i własne poglądy. Ci drudzy zaś, idąc do kościoła i modląc się o miłosierdzie dla całego świata, zupełnie przy okazji zmówią litanie, aby w czyjąś piątkową czarną parasolkę, pierdyknęła boża błyskawica „sprawiedliwości”.

Ostro to pokręcone wszystko…  


    Ale tak na poważnie. Smuci mnie fakt, że nadeszły czasy, kiedy kobieta- kobiecie jest wilkiem. Zastanawiam się, czy faktycznie tak musi być? Czy zdamy sobie sprawę, że ktoś specjalnie wbija kij w mrowisko; śmiejąc się, obserwuje jak zjadamy siebie nawzajem? Coraz częściej popadamy w bezwzględność, wynosząc samych siebie wraz ze swoimi poglądami na piedestał wszelkiej ludzkiej egzystencji. A prawda jest taka, że każda decyzja nigdy nie jest do końca dobra, każda jest trudna i tak samo każda niesie za sobą określone konsekwencje. 

    Moja mądra mama Krysia. Z dziada-pradziada krakowianka, mawiała mi zawsze: „Pamiętaj dziecko, aby nigdy niczego nie robić od dupy strony…” Podążając tym prostym, ale jakże dosłownym stwierdzeniem; śmiem podejrzewać, że nie  jest trudno zebrać 850 tys podpisów pod czymś, co większości i tak nie dotyczy. Prawda jest jednak taka, że niepełnosprawne, chore dzieci traktowane są w naszym kraju jak margines; z brakiem dostępu do tanich lekarstw, rehabilitacji i zasiłków. Kolejny rząd funduje im „jakąś” egzystencje, a nie życie- przy tym wymagając postaw heroicznych. Trochę to właśnie wszystko zakrawa mi o  „krysiowe” - „od dupy strony”- które w historii Polski przewija się już od czasów Mieszka - czyli od zawsze…Znamienne jest jeszcze to, że mężczyzna niczym wojownik z komiksów Marvela, kiedy dowiaduje się, że czeka go życie przy chorym dziecku, nagle za pomocą swych magicznych mocy, ulatnia się w inną przestrzeń czasową… 

Łatwo jest powiedzieć „masz usunąć” lub „masz urodzić”. Trudniej za to, jest podać rękę drugiej osobie, bez względu na to czy jej poglądy zgadzają się z naszymi, czy też nie. Najzwyczajniej w świecie szepnąć „Nie bój się -możesz na mnie liczyć”. 

    To nie nasza wiara, kolor skóry, orientacja, poglądy czy przekonania świadczą o naszym człowieczeństwie- ale wrażliwość na drugiego człowieka…Szkoda, że w swoich nieustraszonych walkach o własne przekonania, zapominamy o drugim człowieku. A najbardziej smutne jest to, że my kobiety stajemy naprzeciwko siebie, po dwóch stronach barykady.

Miniaturka postu

„Gówniara” „Dziewczynka z PKP”- czyli miłość z różnicą wieku w tle.

Dostaje od Was bardzo dużo zapytań dotyczących relacji z dużo starszym partnerem. Wiele z Was wchodzi dopiero w taki związek i często pyta się mnie jak to jest. Hmmm…. Psychologiem, socjologiem ani seksuologiem nie jestem. Mogę Wam jednak napisać, jak to wyglądało z mojej perspektywy. Klient prosi- klient ma.

Otóż moja Droga Koleżanko, jeżeli poznałaś dużo starszego mężczyznę możesz być pewna, że powieści z serii Danielle Steel to pikuś w porównaniu do tego co Cię czeka. 

1) Znajomi Twojego nowego partnera to prawdopodobnie towarzystwo w wieku 40+ do 50+. W związku z tym, większość koleżanek Twojego chłopaka będzie chciało pokazać Ci , gdzie Twoje miejsce i jak tylko będą miały okazje- „ugryzą” Cię tu i ówdzie- delikatnie podbudowując swoje niemłode już ego, kosztem Twoich młodzieńczych emocji. Nie wyobrażaj sobie, że ktokolwiek stanie w Twojej obronie. Partner będzie próbował obrócić żenujący komentarz koleżanki w żart,a Ty możesz być więcej niż pewna, że swój wieczór spędzisz w raczej grobowym nastroju… Masz dwa wyjścia: Albo przepłakać całą noc, albo sprowadzić inteligentnie i  z klasą koleżankę swojego „chłopaka” do parteru. To ciężka sztuka- bo jak tylko przegniesz, to całe towarzystwo będzie miało pretekst, żeby właśnie Ciebie nazwać „chamicą’. Ja pierwsze 5 lat przepłakałam, póżniej milczałam, a teraz jak ktokolwiek próbuje mi udowodnić, że straszy wiek idzie w parze z jego/jej inteligencją, to szybko udowaniam im, że tak doprawdy nie jest. 

2) Jeżeli Twój nowy, świeży, dużo starszy partner miał partnerkę, narzeczoną, żonę, etc- to jednym słowem- MASZ PRZEKICHANE PO CAŁOŚCI. Choćbyś zdobyła Nagrodę Pulitzera i zrobiła jednocześnie profesurę z nanotechnologii- to i tak zawsze będziesz „tą” złą. Jeżeli ktokolwiek mówi o gorszym i lepszym sorcie- bądź pewna, że w oczach innych będziesz z góry traktowana jak  powód wszystkich nieszczęść, chorób, zawodowych zawirowań swojego starszego towarzysza. Gdyby przez Polskę, przeszły plagi egipskie- zapewne, Ty będziesz za to odpowiedzialna. Mało tego, była partnerka Twojego starszego chłopaka, pójdzie w miasto i wraz ze swymi krokodylimi łzami będzie opowiadać Baśnie 1001 nocy z Tobą i jej ex w roli głównej. Recepta jest tylko jedna- niech Ci powiewa to luźnym żaglem, bo w przeciwnym razie skończysz z głęboką depresją, a wyglądem zaczniesz przypominać Marylina Mansona. 

3) Jeżeli na pewno zdecydujesz się na bycie z dużo starszym mężczyzną- poproś go o miesięczną przerwę. Powiedz, że dostałaś w pracy dodatek pielęgnacyjny  i wyjedz do innego miasta w celu zadbania o siebie. Idź do kosmetyczki, fryzjera, ortodonty, stomatologa i na zakupy zanim ostatecznie zdecydujesz się na związanie z dużo starszym partnerem. Później oczywiście będzie to możliwe, ale za każdym razem, będzie to gorąco komentowane. Ty korzystasz z jego pieniędzy, a on pewnie chce Cię „stuningować” bo  wiek już nie ten, a co za tym idzie, zapewne ma problem z erekcją…Możesz być pewna Moja Droga, że jeżeli zapragniesz zrobić coś dla siebie i choćby on groszem nie śmierdział- to będzie to wystarczający powód dla innych, żeby wytłumaczyli swojej zbolałej głowie- że to nie miłość, tylko ten obdarty, skórzany portfel jest powodem Twojego zamiłowania do jego osoby. Ja za swoje sześć licówek u góry powinnam się tłumaczyć całe życie- zrobić rachunek sumienia, przejść drogę pełną rozżarzonych węgli i na koniec dokonać samospalenia. Powinnam się przyznać i przeprosić cały świat, że to zrobiłam- a temat ten i tak będzie wałkowany z równie dużym podnieceniem, co przyczyny karamboli rządowych limuzyn. Ciebie czeka to samo- tylko komentowane będzie w mniejszym towarzystwie ;)- Szczęściaro!

A teraz tak na poważnie. Nie, możesz się przejmować tym, co myślą inni, bo w przeciwnym razie będziesz mijała swoje szczęście na każdym skrzyżowaniu. Podgryzać Cię  będą zawsze- to na pewno. Ale jednego możesz być pewna; ci co to robią, nie skończą dobrze. Ty będziesz dalej szła przez życie, a oni z wypiekami na twarzy kolejne lata spędzą, zastanawiając się nad tym, jak Cię chwilowo unieruchomić. 

Miłość nie zna wieku, a ta różnica to fizyczność, która często płata figle…Wiem, co piszę… Może, pewnego, pięknego dnia okazać się, że to Ty będziesz potrzebowała jego pomocy; aby założył Ci buty, ubrał bluzkę lub podał herbatę

My przez te prawie 12 lat przeszliśmy odmianę rzeczownika „ miłość” przez wszystkie przypadki, a nasze docieranie się kosztowało nas wielokrotną  „wymianą okładzin hamulcowych” Były wspaniałe, piękne chwile; ale ja kto w życiu bywa- problemy zdrowotne, zawodowe czy finansowe. Wspólne życie przynosi nam wiele uśmiechów, ale nie mniej problemów i rozczarowań… 

Ja, jednak nie wyobrażam sobie swojego życia przy innym człowieku. Nie mogłabym z nikim innym dzielić łóżka, nikomu innemu urodzić troje dzieci i nie chciałabym z nikim innym przeżywać  każdego kolejnego dnia. Nie wyobrażam sobie zapachu innego mężczyzny w domu, a wszystko co jego, jest już takie moje i osobiste. Na sam koniec- nie wyobrażam sobie okazywać swoich łez i słabości przy kimś innym. Wiem, że to jedyna osoba na świecie, która wspiera mnie w każdej chwili. Ani przez sekundę nie umiem zobaczyć swojego odbicia, bez niego u swojego boku.

Jeżeli więc, spotkasz dużo starszego mężczyznę- wiedz, że różnica wieku będzie Waszym najmniejszym problemem. Bierz co Ci daje życie, wyobraź sobie, że wszystkim tym, którzy Ci źle życzą, otwierasz parasolkę w d…. i bądź szczęśliwa… Bo nikt inny, tego szczęścia Ci nie da….