Moje wpisy

Miniaturka postu

Szkoła na poważnie.

Jak dziś pamiętam to drżenie serca kiedy Amelka szła do pierwszej klasy. Łzy wzruszenia płynęły po policzkach niczym Niagara, a ja bałam się bardziej tego momentu niż wtedy, kiedy sama stałam się pierwszoklasistką. 

Reforma edukacji dosięgnęła moją córkę, a ja mogłam tylko obserwować i uczyć się na własnych błędach. Teraz po trzech latach, kiedy przyszła kolej na mojego syna, jestem bogatsza o wachlarz różnorakich doświadczeń. Począwszy od problemów, po rozczarowania, ale i piękne dni dzięki którym byłam najbardziej dumną matką pod słońcem.
Przeczytaj co ma Ci do przekazania Ciocia Edytka. Może pomoże Ci to uniknąć błędów, które ja sama popełniłam na początku naszej rodzinno-szkolnej przygody.

1. NIC NA SIŁE
No właśnie… Nic na siłę, pod warunkiem, że reforma edukacji nie będzie zmieniała się jak w kalejdoskopie oraz za każdym razem, kiedy swoje poselskie stołki zmienią partyjnego właściciela. Mam wrażenie, że każdy nowo wybrany minister edukacji działa a casu ad casum. (od przypadku do przypadku) i nie ma pojęcia o tym, że to właśnie niezmienność decyzji i stabilizacja jest najlepszą receptą na prawidłowe funkcjonowanie naszych dzieci w szkole. Finał jest taki, że rodzice są zdezorientowani, dzieci przestraszone i nawet szkoły nie wiedzą co je czeka w najbliższych latach. Ja gdybym mogła cofnąć czas, zrobiłabym wszystko, aby moje dziecko poszło do szkoły w wieku 7, a nie 6 lat. Biję się w pierś, że tego nie zrobiłam. Teraz już wiem, że na etapie zerówki, nie ma najmniejszej szansy, aby wyłapać problemy u dziecka, które mogą się pojawić w późniejszych latach, nasilić się, a co gorsza zaważyć na całej późniejszej edukacji naszej pociechy. W przypadku mojej Amelii z pewnością potrzebowała jeszcze tego jednego roku więcej…

2. ZACHĘCAJ!
Ile razy już wypowiedzieliście? „Dobrze, że już idziesz do szkoły, to trochę się ogarniesz” lub „ Jak pójdziesz do szkoły to się skończą hocki klocki” No tak… Ja sama złapałam się na tym, że kiedy ręce mi już opadały to słowo „szkoła” było zacnie mobilizujące i ustawiające moje dzieci do pionu… Z tym że, działa to dosłownie na chwilę i tak naprawdę nie ma najmniejszego sensu… 
Kolorowa szkoła w jego oczach staje się wiktoriańskim zamkiem Rodziny Addamsów. Mało tego, po kilku chwilach grozy, okaże się jednak, że szkoła jest „cool”, więc Twoje straszenie będzie tylko standardową „gadką szmatką”. W finale Twoje akcje diametralnie polecą w dół… Następnym razem, będzie wiadomo, że po prostu ściemniasz…

3. NA DOBRY START.
Czasami warto w nieco oryginalny sposób zachęcić swoje dziecko do szkoły :) Jeżeli Twoja pociecha marzyła o hulajnodze, deskorolce czy rowerze, a do szkoły nie musicie dojeżdżać komunikacją, to dobry moment aby taki pojazd zakupić. Pozytywne skojarzenia i korzystny start na nowej drodze edukacji dziecka jest w mojej ocenie bardzo ważny. Taki mobilny prezent, może spowodować, że emocje związane ze szkołą nieco zelżą. Szczęście dziecka związane z otrzymaniem upragnionego prezentu najparwdopodobniej przeniesie się także na aprobatę w stosunku do szkoły.

4. ANGAŻUJ!
O tym, aby angażować dziecko w przygotowania do szkolnej przygody mówiłam na moim kanale YouTube Maybe Baby. To bardzo ważne, aby dziecko wybrało sobie takie atrybuty, aby mogły mu pomóc oswoić się z nowym miejscem. Niech to będzie Wasz zakupowy dzień. Wybierzcie się razem do najbliższego papierniczego i pozwól dzieciakowi zadecydować o tym, jakie będzie miał zeszyty, kredki i piórnik. Spróbuj zacisnąć zęby, nawet jeżeli wyda Ci się coś brzydkie czy absurdalne. W domu wszystko porozkładajcie i zachęć pociechę, aby z Twoją pomocą sama podpisała zeszyty i spakowała tornister :)

5.AMULET NA SZCZĘŚCIE
Psychologia, psychologia i jeszcze raz pozytywne podejście :) Możecie puścić wodzę fantazji i wybrać tzw amulet, który będzie Twojemu dziecku przynosił szczęście i codziennie towarzyszył w szkolnej przygodzie. Może to być pluszak, zegarek, notesik, breloczek, długopis… Cokolwiek tylko chcecie i co będzie mieściło się w plecaku. Ważne żeby działało i spełniało swoją funkcję. Oczywiście to placebo, ale tylko Ty będziesz o tym wiedzieć. Dla dziecka wszystko, co go wspiera w nowych okolicznościach i wzbudza w nim poczucie bezpieczeństwa, będzie spełniało swoje zadanie. Szczęśliwe dziecko to spokojne i skoncentrowane dziecko :) a przy takim amulecie przecież wszystko się na pewno uda :)

6. WSPIERAJ I ROZWIJAJ
Czas szkoły to także odpowiedni moment na poważniejsze rozmowy i decyzje. Zapytaj się swojego dziecka co go interesuje i o czym marzy. Może istnieje już jakiś obszar zainteresowań Waszej pociechy, na który powinniście zwrócić uwagę i w szczególny sposób rozwijać. Sprawdźcie grafik szkolnych zajęć dodatkowych oraz to co się dzieje w okolicy. Być może akurat traficie na zajęcia dodatkowe, które zainteresują Wasze dziecko i pozwolą mu rozwinąć skrzydła. Ja u siebie w domu wprowadziłam jednak jedną zasadę. Mianowicie, jeżeli moje dzieci zaczynają dane zajęcia dodatkowe i są co do nich przekonane, powinny je kontynuować aż do końca roku szkolnego. Takie podejście uczy przy okazji dzieciaki autodyscypliny, konsekwencji oraz podejmowania przemyślanych decyzji.

7. NAWYKI PRZEDE WSZYSTKIM
To kolejny punkt, który znam dobrze z własnych doświadczeń. Staraj się pilnować swoje dziecko od samego początku roku szkolnego, aby weszły mu w krew poprawne nawyki. Pokaż jak należy dbać o przybory, zeszyty i książki. Ja dostawałam szału kiedy, średnio co trzy dni musiałam kupować nowe ołówki. Po pewnym czasie, kiedy zobaczyłam, że córka zapisuje co drugą stronę w zeszycie, zaczęłam kłaść większy nacisk na estetykę prowadzenia zeszytu. Czytelne i starannie prowadzone notatki, owocują później szybszym przyswajaniem wiedzy przez dziecko. Pamiętam, że za każdym razem kiedy rozpoczyna się rok szkolny, nagadam się jak głupia: „żeby przybory były odpowiednio poukładane, bidon szczelnie zamknięty oraz położony w plecaku pionowo, aby nic się nie wylało, o tym gdzie jest stój na W-F i przede wszystkim za każdym razem blagam o nie gubieniu rzeczy”… Ehhh… Taki los matki ;)

8. OBSERWUJ, A NIE WYRĘCZAJ
Jak widzisz swoje dziecko, które nieudolnie próbuje zawiązać buty, masz ochotę przejąć pałeczkę bo nie możesz już na to patrzeć? Dodatkowo zegar bije, a Wy powinniście już 5 minut temu wyjść z domu? No tak… Nie martw się, mam to samo, jednak robiąc wszystko za nasze pociechy sami sobie na dłuższą metę szkodzimy. Po kilku dniach, Twoje dzieci nie tylko nie będą chciały się schylić, aby podnieść upuszczony przez siebie papierek, ale będą od Ciebie wręcz wymagały, że zrobisz to za nie. Klasyka gatunku… Szkoła również jest potrzebna nam dorosłym po to, abyśmy mogli zdystansować się do tego co źle robimy w stosunku do naszych dzieci… To odpowiedni czas na zmodyfikowanie naszego zachowania względem pociech. Dajmy im nieco więcej życiowej przestrzeni z dala on naszego przewrażliwienia na ich punkcie… Pamiętaj, że za niedługo czeka Was pierwsza zielona szkoła, na której będziesz zapewne nieobecna…:)

9. TOLERANCJA I TEGO CZEGO TOLEROWAĆ NIE MOŻNA.
Ucz i pokazuj dziecku, że świat jest wielobarwny, wielokulturowy, wielowyznaniowy i przez to bardzo piękny. Moje dzieci uczęszczają do szkoły, gdzie są dzieci z różnych zakątków świata. Tłumacze im, że to niezwykły przywilej, iż mogą poznać kulturę innych państw dzięki swoim koleżankom i kolegom. Amelia dobrze wie, co to jest rasizm, jakie zachowania są niedopuszczalne i że zawsze należy szanować osoby, które wyglądają i mówią inaczej niż my. 
Przy okazji takich rozmów możesz zaznaczyć jakie zachowania są niedopuszczalne, gdzie są granice przyzwoitości oraz nietykalności osobistej. Porozmawiajcie o przemocy i o tym, że nikt nie ma prawa dotykać ciała Twojego dziecka. Koniecznie poruszcie te bardzo ważne aspekty odpowiedniego funkcjonowania Waszego dziecka w środowisku szkolnym… 

10. ZAUFAJ
Tak łatwo powiedzieć „zaufaj”, a gorzej wcielić w życie, kiedy widzisz przed sobą siedmiolatka, który jeszcze niedawno siedział na nocniku i wołał do Ciebie: „mamo! kupa!” Czas jednak biegnie nieubłaganie, dzieci dorastają, a my musimy w końcu kiedyś umieć odciąć pępowinę. Jeszcze chwila, a będą musieli sami zacząć chodzić do szkoły, robić sobie kanapki, nosić klucze od domu w plecaku i sami przygotowywać się na kolejne egzaminy i nowe etapy edukacji. Tak już w życiu bywa, że synów rodzimy dla innych kobiet, a córki dla innych mężczyzn. Musimy im zaufać i pogodzić się z ich życiowymi wyborami. Zacznij trenować już teraz…

Edyta Pazura
1. Plecak Mueslii- www.muppetshop.eu
2. Zegarek Pappwatch- www.muppetshop.eu
3. Małpka Franck Fisher- www.lulilai.pl
4. Hulajnoga Maxi-Micro- www.muppetshop.eu
5. Lunchboxy- www.kidy.pl
6. Balerinki i strój baletowy- www.muppetshop.eu
7. Komplet dresowy w owieczki i liski- www.dearsophie.pl

Miniaturka postu

Kiedy zapada cisza...

Jeżeli myślisz, że będzie to jedna z tych słodkich opowieści o infantylnym zabarwieniu to się mylisz… Przygotuj sobie chusteczkę, bo najprawdopodobniej będzie to jedna z bardziej wzruszających historii jaką miałaś/eś okazję przeczytać.



W moim domu od najmłodszych lat towarzyszyły mi zwierzęta. Jeżeli  miałabym wskazać za co najbardziej jestem wdzięczna moim rodzicom, to właśnie za możliwość życia wśród braci mniejszych. Kiedy przyszłam na świat, już od kilku lat w mojej rodzinie żył sobie Misiek. Tak właśnie. Wiem, że „Miśków” jak „Burków”, ale nasz Misiek był kundelkiem wyjątkowym… Mały, czarny o oczach jak dwa węgielki- po prostu upierdliwe cudo na czterech łapach…Za to ja, jako dziecko nie mniej upierdliwe od mojego czworonoga, dałam mu naprawdę ostro w kość: szarpałam, drapałam, ciągnęłam, gryzłam… A on? Ani drgnął, tylko dzielnie wytrzymywał moje szarpania i głośne krzyki. Co ciekawe, Misiek sam wyprowadzał się na spacery. Pare razy dziennie, pokonywał niestrudzenie dziesięć pięter nowohuckiego bloku z wielkiej płyty. Mój pies jednak dawał radę, a sława mojego samo-wyprowadzającego się czworonoga była tak wielka, że każdy wiedział, że Misiek jest właśnie tym „psem od Zająców”. Mój mały kompan miał jeszcze jedną dość dziwną cechę…. Mianowicie nie znosił zapachu alkoholu. I o ile omijał z daleka osiedlowych  pijaków, tak podczas naszych corocznych namiotowych pobytów nad Dunajcem, wpędził nietrzeźwego rolnika na rowerze w hektary pokrzyw sięgających po pachy. Mama wpadła do namiotu, pozamykała nas na cztery spusty, a Miśkowi kazała spieprzać gdzie pieprz rośnie… Na szczęście nietrzeźwość umysłu Pana na rowerze spowodowała, że najprawdopodobniej jego bolesne doznania fizyczne, były odczuwalne dopiero następnego dnia. Mój pierwszy czworonóg, dożył sędziwego wieku 18 lat i zmarł ze starości. Było nam wszystkim bardzo ciężko, jednak mieliśmy poczucie, że Misiek odszedł w pięknym wieku. To było moje pierwsze zetknięcie ze śmiercią przyjaciela. Trudne, bolesne, naiwne- że przecież pies zaraz wróci, bo zawsze do nas wracał. Pierwszy raz w moim domu nastała cisza- taka której się bałam. Każdy przeżył śmierć Miśka na swój sposób.

 Przez 19 lat mojego życia na osiedlu Piastów w Nowej Hucie miałam jeszcze: chomiki, kanarki (każdy miał na imię Kubuś), mewki, zeberki, rybki, kota Kleopatrę i papużki. Było tego trochę, ale w moim domu panowała jedna najważniejsza zasada: jeżeli decydujemy się na jakieś zwierzę, to opiekujemy się nim i dbamy o czystość. Rodzice byli uczuleni na punkcie odpowiedzialności i higieny, a ja? No cóż… Jako mała dziewczynka kochająca zwierzęta, sprowadzałam nawet ślimaki, mrówki i biedronki. Dokładnie tak samo jak moja Amelka, tylko że ja teraz oczywiście tego nie pamiętam :)

Pewnego słonecznego dnia wracając z kościoła, zauważyłam na drzewie kolorowego ptaka. Przykuł on moją uwagę, gdyż na nasz klimat wydawał się zbyt barwny . Kiedy podeszłam do drzewa, aby się mu bliżej przyjrzeć, okazało się, że to… Papuga falista. Pobiegłam do domu i spytałam się mamy czy mogę ją mieć? Oczywiście cwana mamuśka, zgodziła się, gdyż była pewna, że nie mam najmniejszych szans na schwytanie ptaka. Nie zastanawiając się wzięłam taty podbierak na ryby i ruszyłam na łowy. Cały dzień biegałam za tym głupim ptaszyskiem, robiąc wszystko żeby go złapać. WIedziałam, że jeżeli tego nie zrobię, to papuga nie przeżyje w naszym klimacie. Po całym dniu biegania z podbierakiem i włażeniu na drzewa w końcu opadłam z sił. Usiadłam na ławce i zaczęłam płakać w myślach wykrzykując niecenzuralne słowa, których nie wypadało mówić na głos 14- latce. Pomyślałam sobie; „dobra- ostatni raz”. Akurat!Tak się zaparłam, że w końcu około 21.00 jak już się ściemniło złapałam swoją upragnioną zdobycz. Gdybyście mogli zobaczyć minę mojej mamy jak przyszłam do domu z papugą…Myślałam, że padnie trupem, a jej zacne plany dotyczące rzucenia palenia nagle diabli wzięli… 

Na temat moich zwierząt i związanych z nimi przygód mogłabym napisać książkę. Patrząc jednak teraz z perspektywy czasu na moją córkę, widzę w jej oczach dokładnie tę samą miłość, którą ja miałam do wszystkich stworzeń tego świata ( no może oprócz os i szerszeni) 

Kiedy wstawałam rano ,szybko biegłam oswajać kanarki, a gdy mojej koleżance z piątego piętra urodziły się małe kotki syjamskie, to przesiadywałam u niej całymi dniami. Dzieliłyśmy całą brygadę kociątek na pół i bawiłyśmy się w popularną chyba dla wszystkich dzieci zabawę o nazwie „DOM” :) Jak tylko wracałam do domu, mama oczywiście krzyczała na mnie, że śmierdzę kocim moczem i od razu wyganiała do łazienki na porządne szorowanie. Wizyty te przepłacałam, „peelingiem” z niewyobrażalnie bolesnej gąbki w wykonaniu mojej staruszki.  Jednak opłacało się  :)

Mam wrażenie, że gdy zaczynamy wieść dorosłe życie i wchodzimy w ten często skomplikowany świat, miłość do zwierząt wycisza się. Zajęci prawdziwym i trudnym życiem ,które często nas nie rozpieszcza powoduje, że zapominamy o swojej dziecięcej naiwności i czystej miłości do zwierząt….Coraz bardziej pochłania nas praca, obowiązki, dzieci i dom. Zwierzę pod dachem staje się dla nas kłopotem. W tym wszystkim, zapominamy jednak, że przy naszym braku czasu i chęci na posiadanie małego stworzenia, odbieramy swoim dzieciom możliwość budowania niezwykłych więzi ze zwierzętami.


Kiedy Amelka miała  cztery lata, bardzo pragnęła mieć Yorka, a ja ze wszystkich sił chciałam jej marzenie spełnić. Wiedziałam, że w głębi duszy to także moje dziecięce fantazje, aby mieć pieska, który zawsze wygląda ja szczeniak. Znalazłam warszawską hodowlę Blue Bell i od razu zadzwoniłam. Miły głos Pana Marka oznajmił mi, że zostały mu jeszcze dwa małe czworonogi. Bardzo się ucieszyłam i wiedziałam, że jeden z nich będzie już niedługo nasz. Był tylko jeden problem- i miał na imię- CZAREK ;) 

Odkąd poznałam Męża, wiedziałam że zawsze będę mieć nad nim przewagę. Polega ona na jego słabości do mnie i do moich niebieskich oczu :P 

Wysłałam SMS-em zdjęcie Simby i włączyłam tzw: „tryb błagalny.” Ku mojemu zaskoczeniu dosyć szybko się zgodził, a ja nie musiałam wyciągać asa z rękawa, którym był archiwalny numer magazynu „Mój Pies” z nim na okładce. Kiedy przyjechałam do hodowli, zobaczyłam w kojcu dwa malutkie stworzonka: Snoopy i Simba. Ten drugi od razu skradł moje serce. Jako pierwszy podbiegł do mnie i zaczął psocić. Niewątpliwe dzięki imieniu, jego akcje wzrosły, diametralnie, gdyż „Król Lew” był moją ulubioną bajką z dzieciństwa :)

Przyznam szczerze, że bałam się trochę. Amelka miała 4 latka, a Antoś roczek. Czułam, że będzie na mnie ciążyła jeszcze jedna wielka odpowiedzialność: aby pieskowi o wielkości chomika nie stała się krzywda w moim domu. Oczywiście dzieci jak tylko zobaczyły Simbę, pokochały go miłością bezwarunkową. Dla mojego synka zawsze był Bimbusiem, a Amelka przećwiczyła na nim wszystkie fryzury świata. Co ciekawe moja córka porzuciła lalki i wszelkiej maści plastikowe ideały kobiet, na rzecz swojego małego Yorka, którego cały czas woziła w wózku. Simba miał jedną wielką zaletę, mianowicie był stworzeniem kompaktowym. Przy naszym trybie życia, jego „pakowność” była dla nas bardzo ważna. Kochał wszystkich, a my kochaliśmy jego. TO był York o duszy wilka. Kiedy przyjeżdżaliśmy na  naszą działkę biegał i rozrabiał z owczarkiem niemieckim  czy border collie. Simba był pieskiem bardzo karnym i grzecznym. Śmialiśmy się, że Bimbuś jest chłopakiem naszej Pani Małgosi, która jest z nami już od 4 lat, a on uwielbiał ją całym swoim psim sercem.

Nic nie zapowiadało tragedii… Pewnego dnia przed naszym wyjazdem na Warmię, Simba dostał rozwolnienia. Jak to pies, nie raz miał już takie przypadłości, więc znając już procedury podaliśmy mu Smectę. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, piesek z początku czuł się dobrze, ale z godziny na godzinę było coraz gorzej. Pojawiła się krew, która następnego dnia była już  obecna w całym domu. Wcześniej podane leki oraz zastrzyki nie pomogły… Simba był smutny, jego oczy przeszklone i jak tylko miał okazje uciekał z domu nad jezioro… Popatrzyłam załzawionymi oczami na Czarka i powiedziałam: „Nie podoba mi się to- to źle wróży…” 

Kolejne wizyty u weterynarza w Ostródzie nie pomagały. Było coraz gorzej… Kiedy dzieci pojechały  do koleżanki, Czarek siedział nad Simbą  i głaskał go delikatnie po jego główce. Pamiętam jak powiedział mi wtedy: „On odchodzi…”

 Zaczęliśmy go błagać, żeby walczył i został z nami. Za wszelką cenę prosiliśmy: „Sibma dawaj! Nie poddawaj się. Dzieci czekają żeby się z Tobą znowu pobawić.” Ten faktycznie ożywił się i podniósł głowę, kiedy usłyszał głosy wracających od sąsiada Amelki i Antosia… Szybko go spakowaliśmy i po raz kolejny jechaliśmy ponad 20 km do Ostródy, aby ktoś ponownie mógł go przebadać. Na miejscu nie było szpitala dla zwierząt, jednak Pani Doktor pracująca w przychodni dla zwierząt „Przy Młynie” mieszkała tuż nad placówką. Zaproponowała, że zostawi Simbę na noc i przez ten czas zrobi dodatkowe badania. To lekarz z prawdziwym powołaniem.

Simba nie przeżył… Zmarł następnego dnia po południu, a my w momencie zalaliśmy się łzami i nie mogliśmy w to uwierzyć…

 Dobrze pamiętam, że to była niedziela. Wszyscy płakaliśmy, a w domu zapadła przenikliwa cisza, która nadchodzi wraz z odejściem bliskiej osoby i obecnością śmierci. Poszłam do toalety i płakałam wydając z siebie głośne dźwięki żalu i rozpaczy. Tak naprawdę, to nadal nie potrafię o tym mówić spokojnie. Pisząc teraz ten tekst, łzy lecą mi jak grochy i spływają na klawiaturę …. 

Pozostało nam najgorsze. Powiedzieć o tym wszystkim dzieciom. Siedziały grzecznie na kanapie i czekały na wieści. Kiedy Czarek powiedział: „musimy Wam coś powiedzieć” Amelia już wiedziała co mamy jej do przekazania. W jej oczach pojawił się strach i niedowierzanie. Sama dokończyła zdanie, które rozpoczął Czarek… „Simba nie żyje?” zapytała z niedowierzaniem. Tak jakby wiedziała, ale miała jeszcze nadzieję, że wszystko będzie w porządku. W jednym momencie rozległ się przeraźliwy i przenikliwy krzyk… Nie jestem w stanie nawet opisać tego bólu, który był wypisany na jej twarzy. Nie ma już jej ukochanego pieska z którym dorastała. Zjadł trutkę na szczury i umierał w strasznych cierpieniach, a my robiliśmy wszystko, żeby został z nami. Amelia tydzień dochodziła do siebie, Antek na szczęście nie był do końca świadomy tego co się stało. 

Wieść o nowym piesku ukoiła jej smutne serce, bo jak tu żyć bez czworonoga w rodzinie? Jest jednak coś, co utkwi w mojej pamięci na całe życie. Mianowicie lekcja,  którą dostałam od własnego 9-letniego dziecka…Amelia była przeszczęśliwa na wieść, że w rodzinie będziemy mieli nowego pieska, jednak przyszła do mnie i powiedziała: „Mamo, bardzo się cieszę, że będę miała szczeniaczka, ale wiesz…Nikt nie zastąpi mi Simby. Był jedyny w swoim rodzaju…”

Myślałam, że nie ma ludzi i rzeczy niezastąpionych, tym bardziej w XXI wieku, kiedy wszystko jest dostępne na wyciągniecie ręki. Byłam przekonana, że w "korpo-czasach", relacje ludzkie są tak wątłe, iż zmiana partnera, partnerki czy przyjaciela przychodzi większości z niezwykłą łatwością, tak jak kupienie nowej książki czy filmu na DVD. Obserwując skomplikowany świat dorosłych, gdzieś, czasami ucieka nam fakt, że istnieją jednak takie rodzaje relacji, których nie da się niczym, ani nikim zastąpić...

Zdałam sobie sprawę z tego, że mam z nimi do czynienia w każdej sekundzie mojego życia. Los obdarzył mnie wspaniałym Mężem, cudownymi dziećmi i ukochanym pieskiem. A teraz życie  dało mi lekcję, z której wynika ,że o wyjątkowości danych osób czy sytuacji, często zdajemy sobie sprawę za późno…

O tym wszystkim najlepiej wiedzą dzieci, które w żaden sposób nie umieją wypełnić pustki po stracie wyjątkowego zwierzątka.


Edyta Pazura

Miniaturka postu

Mordercy inicjatyw. Czyli krytykować każdy może...

Nie musiałam długo czekać… Ku mojemu zdziwieniu jak narazie mój monitoring mediów wykazał tylko jeden artykuł Pani Pauliny Sochy Jakubowskiej- dziennikarki, blogerki, mamy 1,5 rocznego dziecka z wp.pl, która pozwoliła sobie na swój sposób skrytykować moją osobę i przy okazji,  jak to nazwała „infantylny” język w moim tekście, który dotyczył Światowego Tygodnia Karmienia Piersią . Jej zacny, pełen „inteligencji” oraz mądrych rad artykuł w sposób przewidywalny zbawia świat, niestety tylko słowami, a nie czynami. Oczywiście oberwało się także Lewandowskiej, Kukulskiej, Żebrowskiej, Sołtysik i Bohosiewicz i innymi influencerkom oraz blogerkom, które postanawiają coś ze sobą zrobić i pokazać że karmienie piersią jest OK.

Pani przenikliwie zbadała mój tekst oraz język w jakim pisze, po czym doszła do dokładnie tych samych wniosków, o których ja pisałam w moich wspomnieniach dotyczących karmienia piersią… Nie wnikam czy nie umie czytać ze zrozumieniem, czy mój infantylny język zabił jej inteligencje… Może zaznała słynnej pomroczności jasnej?- jej sprawa. Jednak jak mniemam, Pani Paulina- dziennikarka, blogerka, mama 1,5 rocznego dziecka- osoba inteligentna, nie wyciągnęła jasnych (jakby się wydawało) wniosków z moich słów, więc następnym razem na specjalne życzenie Pani Pauliny, będę pisać wprost- poważnie i obiecuje już, że nie infantylnie .

Rzecz jasna Pani Paulina swoim dziennikarskim i jakże poważnym stylem, pisząc kolokwialnie, lecz nie infantylnie- opier…. wszystkie blogerki paretingowe i inne wpływowe kobiety, że wywalają publicznie swoje cycki i pokazują przemoczone od mleka koszulki w zamian za pokazanie markowego laktatora czy sowitego wynagrodzenia. Oczywiście Pani Paulinie- dziennikarce, blogerce, matce- leży na sercu dobro wszystkich kobiet karmiących i apeluje do innych wpływowych kobiet, aby te nie pokazywały gołych cycków tylko poprosiły lekarzy ginekologów, położników aby Ci, zaczęli pomagać świeżym matkom w szpitalach po porodach w laktacyjnej przygodzie. Czyli co? A no to, że Pani Paulina- blogerka, dziennikarka, matka 1,5 rocznego dziecka, zastosowała klasyczny „ podliz ” swoim czytelniczkom, aby pokazać jakie te celebrytki są głupie i infantylne, a ona przecież taka poważna z jeszcze bardziej poważnymi pomysłami, które mają zmienić naszą Polskę na lepsze. Z niecierpilowością zatem czekam, aż Pani Paulina- blogerka, dziennikarka, bierze pod pachę swoje 1,5 roczne dziecko i rusza na podbój polskich szpitali w celu edukowania położników i doradców laktacyjnych. Naprawdę, bardzo chcę to zobaczyć…

Moja przyjaciółka, która jest psychologiem, twierdzi, że jeżeli człowiek coś uzewnętrznia, to najprawdopodniej tego bardzo pragnie. Mam więc nadzieję, że tym razem, mój mniej infantylny język trafi w patetyczny styl Pani Pauliny - a ona sama zyska popularność i upragniony darmowy laktator. Jeżeli jednak tak by się nie stało, z chęcią oddam mój laktator Medeli- który kupiłam za pieniądze mojego bogatego Męża, a nie dostałam w zamian za pokazanie gołego cyca na Instagramie.  

Dlaczego co wszystko piszę? Bo krytyka Pani Pauliny- blogerki, dziennikarki, matki 1,5 rocznego dziecka trafiła w sam środek mojego miękkiego serca? No akurat niestety nie… Po pierwsze jeżeli o to chodzi, to serce mam z kamienia, a po drugie częstotliwość krytyki mierząca w moją stronę jest tak regularna, że z powodzeniem, mając już tę swoją, stałą częstotliwość mogłabym założyć własne radio… Piszę o tym wszystkim, bo pamiętam moment, kiedy powiedziałam koleżance, że zakładam swój blog. Ona spojrzała na mnie wymownie i powiedziała: „ No to masz przeje…ne, matka- matce największym wrogiem” Oczywiście, wtedy byłam zbyt podniecona faktem, że pomiędzy, karmieniem, graniem w UNO, Dixit i 5 sekund, ogarnianiem spraw Czara, sprawdzaniem lekcji, tłumaczeniem kalendarza i mnożenia, czytaniem lektur, peklowaniem słoiczków na zimę i znowu opierdzielaniem Czara oraz rozliczaniem podatku każdego 20 dnia miesiąca- będę jeszcze miała swój ukochany blog osobisty. Koleżance po fachu nie wierzyłam… Jak widać, okazało się, że miała rację…

Smutny wniosek z tego taki, że podczas Światowego Tygodnia Karmienia Piersią żadna zacna dziennikarka, blogerka, znawczyni języka polskiego, jak Pani Paulina, nie zadzwoniła do mnie z pomysłem abyśmy zrobiły krok dalej i np założyły fundacje, czy zorganizowały akcje, która miałaby pomóc kobietom po urodzeniu dziecka oswoić się z laktacją. Chętnie bym się zgodziła. Pewnie tak samo jak i koleżanki wywołane do tablicy w tekście Pani dziennikarki, blogerki. 

Dzięki Pani Paulinie wiem, że jesteśmy mordercami każdej inicjatywy, zanim jeszcze w ogóle takowa powstanie. Nawet jeżeli, ktoś ma pomysł na zrobienie kroku do przodu, to zapewne zadaje sobie pytanie: „Po co? Przecież i tak zostanie to skrytykowane…” 

Przy okazji jednak włożę kij w mrowisko i poproszę Panią Paulinę, aby jej pracodawca czyli Wirtualna Polska , trzymał się tych samych opinii ,gdyż jeszcze parę dni temu chwalono wszystkie te „sławne” kobiety, które promują karmienie piersią wraz z moim zdjęciem w tle. Po drugie Pani Paulino, proszę przekazać, aby koleżanki redakcyjne z wp.pl nie dzwoniły do mnie i nie pisały maili prosząc o wywiad, nawijając mi watę na uszy, o tym jaką jestem przykładną i wspaniałą matką. Śmierdzi hipokryzją… a Ja? Ani przykładna, ani wspaniała tylko infantylna z pseudointeligentnymi tekstami (jak ostatnio też o sobie przeczytałam)  

Krytykować każdy może… Z niecierpliwością zatem czekam, aż znajdzie się kolejna osoba po maturze, która w ferworze swojej wspaniałości skrytykuje mój język oraz styl :) 

Na koniec jednak coś pozytywnego od Cioci Edytki :) Nadal wierzę w kobiety…:)

Miniaturka postu

Lista rzeczy na poród ( Odcinek YouTube + lista do pobrania w formacie PDF )

Pakowanie torby do szpitala, to moment w którym zdajemy sobie sprawę, że moment porodu jest już naprawdę blisko. To kiedy ją spakujemy zależy od nas samych, jednak stojąca przy drzwiach walizka, daje nam poczucie bezpieczeństwa i uczucia, że już nic nas nie może zaskoczyć. 

Moment wyczekiwania, a w szczególności ostatnich dni jest męczący… Nie tylko ze względu na gabaryty ciężarnej, ale czas który masz wrażenie, że ciągnie się nieubłaganie....



Od czego zacząć? Jak poprawnie spakować walizkę na poród do szpitala? Na co szczególnie zwrócić uwagę? Zobacz mój odcinek na YouTube https://www.youtube.com/watch?v=jY4eqwlj730 Mam nadzieję, że chociaż trochę Ci w tym pomogę. 


Zacznij od spakowania kosmetyczek. Wszystkie potrzebne rzeczy, które powinny się w nich znale

źć znajdziesz w „liście rzeczy na poród” którą Ci przygotowałam. Możesz ją pobrać w formacie PDF. Pamiętaj, że idziesz do szpitala ( w zależności od rodzaju porodu) na 2-4 dni, więc nie przesadzaj z ilością rzeczy. ( chyba, że będziecie musieli zostać dłużej, ale tego nie bierzemy pod uwagę :)) Taki szpitalny pobyt to dobry moment na wykorzystanie próbek, które dostałaś w drogerii lub przelanie ulubionych płynów do małych pojemniczków. 

Podziel walizkę na dwie części. Jedną przeznacz dla dziecka, a drugą dla swojego Maleństwa. 

Koniecznie wypierz wszystkie rzeczy w detergentach przeznaczonych dla dzieci. Ja dodatkowo obcinam wszystkie wiszące metki, które mogą podrażnić lub zranić delikatną skórę noworodka. 

Na sam koniec nie zapomnij spakować DOKUMENTÓW! Pamiętaj, że to bardzo ważne. W mojej liście znajdziesz, jakie dokładnie druki musisz mieć ze sobą. 

Oczywiście nie zapomnij spakować, rzeczy które dla Ciebie są niezbędne. Najlepiej zapisz sobie gdzieś na kolorowej karteczce o czym na pewno nie możesz zapomnieć. 


Trzymam kciuki i życzę POWODZENIA :) 

Edyta 

foto: https://pl.depositphotos.com

Miniaturka postu

PAKOWANIE. COROCZNA POWTÓRKA Z ROZRYWKI

Czy masz poczucie, że gdy w Twojej rodzinie rozbrzmiewa hasło „wakacje” to mdli Cię na samą myśl o pakowaniu? Szlak Cię trafia, kiedy wyciągasz walizki i myślisz od czego tu w ogóle zacząć? No to się pociesz, bo nie jesteś sama... Wiele osób, które muszą spakować więcej niż siebie samego ma z tym poważny problem. Pokażę Ci, jak przez ostatnie 10 lat wypracowałam sobie system pakowania, w którym poziom frustracji na myśl o rodzinnym wyjeździe spadł mi z 10. do jakichś 2... Idealnie nie jest, ale idealnie chyba nigdy nie będzie :)




1) SPOKOJNIE NIE PANIKUJ!


To pierwsza zasada. Pamiętaj, że nastawienie jest najważniejsze. Jeżeli już na stracie powiesz: „nie dam rady” lub słynne „ja chyba oszaleję” , to możesz być pewna, że faktycznie czeka Cię przedwakacyjna katastrofa. Dzieci bedą miały Ci za złe, że nie spakowałaś ich ulubionych zabawek lub tego konkretnego stroju w motylki, a Mąż znów spojrzy na Ciebie z wyrzutem pomieszanym z rezygnacją: „Jak mogłaś tego zapomnieć?” Ta spirala wspólnych pretensji najprawdopodobniej będzie ciągnęła się do trzeciego dnia Waszego wspólnego wyjazdu, aż w końcu dojdziesz do wniosku, że masz tego dosyć i to były ostatnie wspólne wakacje. Oczywiście z tym, że za rok- powtórka z rozrywki :D


2) ZAPLANUJ.


Zacznij pakować się tydzień wcześniej. Spokojnie... Nie mam na myśli układania ubrań do walizek z siedmiodniowym wyprzedzeniem, a zaplanowanie strategii pakowania. Zacznij od zrobienia listy rzeczy,czy listy lekarstw, których na pewno nie możesz zapomnieć ( np. soczewki, okulary, nurofen, czapka z daszkiem, nebulizator, ładowarka do telefonu, komputer, pompka, pianka do pływania). Najlepiej namierz wszystkie potrzebne rzeczy wcześniej, aby uniknąć biegania po domu w ostatniej chwili i krzyczenia: „ Gdzie to może być do jasnej cholery?!” Poukładaj wszystko w jednym miejscu i zrób listę potrzebnych rzeczy w telefonie. Wtedy na pewno nie zapomnisz telefonu:)


3) HIERARCHIA PRZEDE WSZYSTKIM.


W pierwszej kolejności zapakuj te rzeczy, które są niezębne i bez których ten wyjazd nie będzie taki sam. Zasada jest prosta- najpierw pakujemy rzeczy najpotrzebniejsze, dopiero później upychamy swoje fanaberie. Jeżeli lecisz samolotem będzie prościej, gdyż jesteś ograniczona liczbą pokładowych kilogramów. Ja po trzech wyjazdach zrezygnowałam z pakowania małej czarnej i szpilek :) Zawsze warto wcześniej zadzwonić lub napisać maila do obiektu i dowiedzieć się czym dysponuje ośrodek (pralka, suszarka, aneks kuchenny, ręczniki, kosmetyki,, żelazko) aby nie dublować niepotrzebnie rzeczy. Koniecznie zrób tzw: „miejscowy resarch” Dowiedz się jak daleko jest do najbliższego sklepu i apteki. Jeżeli masz „rzut beretem” to nie warto brać osobnej walizki na kosmetyki i lekarstwa :)


4) POSTAW NA MINIMALIZM


To było dla mnie jak walka z wiatrakami. Wydawało mi się, że jeżeli mam dużą rodzinę to od razu muszę wyglądać na wakacjach jak cygański tabor. Lubiłam dużo i jeszcze więcej, aż na końcu okazywało się, że zużywałam 1/4 wszystkich rzeczy. Kiedy podróżuję samochodem, zamiast walizek stawiam na worki próżniowe ( ja używam tych z Tchibo, ze względu na trwały materiał). Po raz pierwszy zaproponowałam to mojemu Mężowi jakieś 10 lat temu, kiedy jechaliśmy na narty do Austrii. Powiedział wówczas: „rany boskie... Ale obciach”. Wśród wszystkich gości hotelowych i ich markowych walizek Louis Vuitton za paręnaście tysięcy złotych, byliśmy jedyną rodziną z worami na ciuchy. :) Hotelowy boy jak to zobaczył nie palił się zbytnio z pomocą, bo myślał zapewne , że wygraliśmy zimową wycieczkę zgadując „hasło klucz” w gazetowej krzyżówce. Finał tej historii jest taki, że cztery lata jeździliśmy do tego samego hotelu i w ostanim roku połowa gości przyjechała spakowana w worki próżniowe. Jedna z przebywających tam regularnie Austriaczek zaczepiła mnie i zapytała czy mam jeszcze jakieś ciekawe patenty na podróżowanie, bo my Polki jesteśmy najlepsze w te klocki i to ode mnie podejrzała metodę „na worek”. Poczułam się niczym Skłodowska- Curie polskiego, wakacyjnego pakowania :) Ubrania do tzw: "próżniarki",  a wtedy kosmetyczki, buty i inne gadżety zmieścisz do jednej walizki.  

Na rodzinne wyjazdy świetnie sprawdzają się małe buteleczki wielokrotnego użytku do którego możemy przelać ulubiony płyn, czy balsam. Wówczas wszystkie smarowidła zmieścimy do kosmetyczki, a nie osobnej walizki :D Ja wyznaję zasadę, że całą tzw. pielęgnacje dopasowuję pod najmłodszego w rodzinie- jeżeli może używać ten najmniejszy, to tym bardziej załapią się i te większe dzieciaki.To również czas kiedy biorę ze sobą i wykorzystuję wszystkie kosmetyczne próbki. Dlaczego? Po pierwsze zajmują mało miejsca, a po drugie wakacje to odpowiedni czas na rozkoszowanie się różnorodnymi kosmetykami.

Jeżeli bierzesz jakieś lekarstwa lub witaminy na stałe, warto je przesypać do jednego, dzielonego pojemniczka. Może Ci się to wydać dziwne , ale ten mój na zdjęciu to pojemniczek na gwoździe kupiony w sklepie budowlanym :D Jest świetny i można z powodzeniem na pokrywce, podpisać niezmywalnym pisakiem nazwy Twoich lekarstw czy suplementów.Jeżeli organizujesz podróżną apteczkę warto również pozbyć się opakowań z lekarstw. Zostaw sobie ulotki lub jeżeli masz dostęp do internetu, to dawkowanie odnajdziesz w sieci. Zobaczysz ile miejsca możesz zaoszczędzić!


5) ROZKOSZUJ SIĘ WAKACJAMI!


Jeżeli już jesteś w podróży na wakacje, to zamknij rozdział pakowania wraz z drzwiami swojego domu. Napij się wina, piwa czy wódki- zagryź ogórkiem, ciesz się chwilą i nie rozmyślaj, czy przypadkiem czegoś nie zapomniałaś. Nawet jeżeli, to zapewne   nie jedziesz na koniec świata i nie ma się co spinać- czyli wracamy do punktu numer 1 :) Podejście najważniejsze. Don’t worry- be happy :)



Autor: Edyta Pazura

foto: https://pl.depositphotos.com

www.tchibo.pl

Edyta Pazura

Miniaturka postu

Ja matka- trzydziestolatka

    Podejrzewam, że pisząc w szkole rozprawkę Twój nauczyciel uczył Cię, że posiada ona określoną budowę: teza, argumenty oraz potwierdzenie lub zaprzeczenie postawionej tezy.  

Czy istnieje idealny wiek, w którym kobieta powinna zdecydować się na dzieci? Odpowiedź jest tylko jedna… NIE!
Generalnie na tym mogłabym zakończyć ten artykuł, ale pokażę Ci jak to wyglądało z mojej perspektywy i jak rodzicielstwo ukształtowało mnie samą. Niewątpliwie macierzyństwo zmieniło moje podejście do dzieci na przestrzeni ostatnich 10 lat. 

    Swoją przygodę z macierzyństwem rozpoczęłam dokładnie 10 lat temu, kiedy to w październiku 2008 r. dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Jakie uczucia towarzyszą wtedy kobiecie? Wszystkie: radość, strach, podniecenie, zagubienie, euforia przeplata się z melancholią, a łzy radości czasami przechodzą w rozpacz… Mimo, iż myślisz sobie, że jesteś świetnie przygotowana do nowej roli, to w głowie galopuje Ci cały czas odwieczne pytanie: „Czy ja dam sobie radę”?  

Oczywiście, że dasz sobie radę. Ja też bałam się wszystkiego. Mimo, iż każda z moich ciąż ( ze względu na moje zdrowotne przypadłości,) była co do dnia zaplanowana, to i tak kiedy dowiadywałam się, że zostanę mamą, myślałam sobie: „Jak to?”            
      Kiedy urodziłam Amelkę miałam 21 lat… Mimo mojej dojrzałości, wiadomo, że młodość rządzi się własnymi prawami. Jakimi? Nie moja Droga- nie chodzi mi o imprezowanie do białego rana z paczką starych znajomych i podrywanie pijanych facetów, którzy w alkoholowym upojeniu potrafią nawet wskoczyć na rurę, zamiast striptizerki go-go. Brakowało mi przede wszystkim życiowego doświadczenia, a cechowała mnie dziecięca, wręcz żenująca naiwność, na której żerowali niemal wszyscy. Mało tego, jako Żona MĘŻA aktora, rozwodnika, na dzień dobry została mi na czole doklejona łatka młodej, zmanierowanej kochanki- istnego pasożyta, żerującego na nieszczęściu całego świata. Można byłoby się tak długo rozpisywać, bo „koleżanki- dziennikarki” w tej kwestii były jak nos mojego syna: niby pusto, ale zawsze wydłubie się jakiegoś babola.  

Mojemu wczesnemu macierzyństwu to nie pomagało. Jako nieogarnięte dziewczę, godziłam się na tę „zastałą rzeczywistość” i naiwnie wierzyłam, że czas zweryfikuje „kto jest kto.” Na szczęście w tym jednym, nie myliłam się. To jakbym wygrała w totolotka, nie wysyłając kuponu :D
Wówczas miałam dosłownie wszystko na głowie: byłam świeżo poślubioną, 21-letnią żoną; mieszkając w Warszawie, studiowałam w Krakowie i codziennie mierzyłam się z wizerunkiem smarkuli w czerwonej kurtce, której wszyscy mogli narobić na głowę i jeszcze mocno przyklepać, żeby na pewno się trzymało.

     No więc jakie było to moje wczesne macierzyństwo?! Cholernie ciężkie. Z drugiej jednak strony, moje samozaparcie, które niewątpliwie zawdzięczałam ówczesnej metryce, pozwalało mi co czwartek pakować manatki i wraz z trzymiesięczną Amelką wsiadać do pociągu, studiować i z powrotem do Warszawy. Jak to długo trwało?! Ano trwało pięć pełnych lat moich studiów, podczas których podróżując pomiędzy dwoma miastami, urodziłam dwoje dzieci. Jak było? Uff… Nie było słynnego Pendolino, więc jeździłam pociągami w których to dziura na spuszczenie odchodów w toalecie była sennym koszmarem mojego najstarszego dziecka. Finał był taki, że do mojego plecaka NorthFace z którym podróżowałam co tydzień do Krakowa, przywiązywałam różowy nocnik mojego dziecka. W jednej ręce trzymałam Amelię a w drugiej jeszcze jej plecak z maskotkami i zabawkami. Włóczykij z Muminków wyglądał przy mnie niczym Królowa Elżbieta z angielskiego dworu podczas „tea time.” O jakiekolwiek klimatyzacji czy ogrzewaniu mogłam tylko pomarzyć. Z własnego doświadczenie wiem, że mężczyźni umieją świetnie podrywać w pociągach, (niektóre takie przypadki zakończyły się nawet małżeństwem) ale są także niczym terminator i kiedy widzą kobietę w ciąży lub z dzieckiem na ręku, zapala się im czerwony napis „nie pasuje”: co oznacza, że nawet nie spojrzą na Ciebie nie wspominając już o jakimkolwiek odruchu pomocy czy życzliwości…
    
     Mimo, że podczas przerw w zajęciach na UJ znajomi szli na fajki, a ja w tym czasie odciągałam pokarm w uczelnianym kiblu, to studia były dla mnie odskocznią od warszawskiego zgiełku. Oczywiście każde pytanie typu: „Edyta, wyskakujesz z nami wieczorem?” kończyło się moją negatywną odpowiedzią, to moi znajomi i tak bardzo mnie wspierali i tworzyliśmy niezłą paczkę. Oczywiście znalazła się i taka, która bardzo chciała zrobić mi na złość i z całych sił nienawidziła mnie, za to, że jestem… Wspominałam już, że czas weryfikuje niektórych? Ano właśnie… I w tym przypadku panienka tak mocno zajęła się szukaniem męża na poziomie i robieniem na złość, że zapomniała chyba napisać pracy licencjackiej, więc splagiatowała koleżankę… W każdym razie było wesoło i z perspektywy czasu, to moje studyjno- krakowskie macierzyństwo miało wiele plusów: byłam młoda i miałam tyle samo energii co ambicji, aby skończyć studia- nawet jeżeli miałabym lecieć w tym celu na inną planetę, a nie tylko PKP do Krakowa. Minusy? Byłam roztrzepana, rozerwana pomiędzy dwa miejsca i sama nie wiedziałam, gdzie jest mój dom. W dzień opiekowałam się dziećmi, a w nocy zakuwałam na studia. Pięknie?! No nie do końca, bo taki brak snu i walka o przetrwanie doprowadza często do frustracji. Zawsze jako matka dawałam z siebie wszystko, ale patrząc na moje starsze dzieci zastanawiam się czy mogłam im dać jeszcze więcej, a mniej wymagać od siebie.


     No właśnie… Co oznacza mniej wymagać od siebie? Jako trzydziestoletnia kobieta, będąc matką już bardziej dojrzałą i doświadczoną postanowiłam w 100% skupić się na swoim dziecku i sobie. Karmiąc piersią Amelię i Antosia, uważałam na każdy kęs jedzenia, niczym Stachurski karmiłam się energią słońca, a i tak nie pomogło to moim dzieciom uniknąć tzw. „kolek.’ W dzień niewyspana od płaczu dzieci, wieczorem od siedzenia w książkach. Przy Ricie spuściłam z tonu: jem dosłownie wszystko, ale za to jestem spokojną, opanowaną kobietą, która wie czego chce od życia. Pewnie kroczę przez to macierzyństwo, nie trzęsąc się o każdą pierdołę, ale i skupiam się tylko na swoim dziecku, bez charakterystycznego dla mnie roztrzepania. Tworzę nasze przyzwyczajenia i dbam o codzienne rytuały. Ten wewnętrzny spokój nie tylko umacnia naszą więź, ale i sprawia, że jestem spokojniejsza. Minusy? Nie wiem czy takie są, ale wiem, że teraz nie chciałoby mi się studiować i biegać z wywalonym jęzorem po uczelni błagając o wpis do indeksu. Teraz jestem świadoma, jak dużo mogłabym stracić z życia swojego dziecka i że czasu cofnąć się nie da. Wszystko to ukształtowało także mnie samą, charakter oraz podejście do życia. Niegdyś Helen Miren powiedziała słowa, które zrozumiałam dopiero niedawno, a brzmią one tak: „Teraz w wieku 70 lat, gdybym mogła dać sobie młodszej pewną radę, to brzmiałaby tak: używaj zwrotu „pierdol się” znacznie częściej” Gdybym miała wskazać różnicę, wczesnego i późniejszego macierzyństwa to w moim przypadku zacytowałabym słowa powyżej… Za dużo czasu poświęcałam rzeczom mało ważnym, ludziom, którzy na to nie zasługiwali, a moja uwaga była skupiona na tym, co w zupełności nie miało wpływu na moje życie. Mam świadomość, że jestem dobrą matką, ale teraz w wieku trzydziestu lat dodatkowo skupioną na tym co w życiu najważniejsze. Czego i Tobie z całego serca życzę. 



Autor: Edyta Pazura
Foto: Edyta Pazura

Miniaturka postu

Blizna...

Według wierzeń dawnych Słowian wrodzona blizna czy znamię na ciele była dowodem na istnienie reinkarnacji oraz namacalnym świadectwem przybycia naszych przodków na Ziemię. Blizna może mieć wymiar fizyczny jak i duchowy. Przypomina nam o przebytych operacjach, wypadkach, przejściach i traumach,ale czasami radościach i nadchodzącej nadziei. Sen o zasklepionych ranach wskazuje, że istnieją w nas stare urazy, których nie możemy się wyzbyć na poziomie emocjonalnym. Oznacza, że najprawdopodobniej tkwią w naszym wnętrzu bolesne wspomnienia z którymi sobie nie radzimy. Ta niemoc: jak w ogóle walczyć z piętnem przeszłości?


Blizna, ta fizyczna z okresu dzieciństwa bywa dla nas przestrogą na całe życie, która często przeradza się w przewrażliwienie na punkcie własnych dzieci. Szramy mogą być nie tylko bolesnym wspomnieniem, ale strefą tkliwą na dotyk i wzrok otoczenia.

Czasami znamiona wskazują na pewne demony przeszłości; przypominają o przebytym bólu i przykrościach. 

Rany na naszym sercu, niczym nie różnią się od tych które mamy na ciele. Wymagają tyle samo czasu na zasklepienie się, potrafią się „jadzić” i często zostają na całe życie.


Kiedy widzę obrazek wywracającego się dziecka i rodziców krzyczących: „ No dalej, wstawaj... Nie płacz- przecież nic się nie stało”- to odwracam się w drugą stronę. Dlaczego? Po prostu nie zgadzam się na takie zachowanie. Zastanawiam się wówczas, czy takie tłumienie emocji i bólu ma jakikolwiek sens dla przyszłego pokolenia. Przecież kiedy boli, lepiej powiedzieć: „Nie płacz... Jestem przy Tobie, pomogę Ci”. Wtedy i tylko wtedy blizna może kojarzyć się ze wsparciem i okazaną pomocą. Moje dzieci nie mają na szczęście blizn. Czy to znak, że jestem troskliwą matką? Może dowód na ich spokojny temperament? A może po prostu szczęśliwy zbieg okoliczności? Tego nie wiem...


Blizna w końcu może być symbolem wielkiej wygranej jaką jest życie. Udanej operacji czy przyjścia na świat dziecka. Czasami rodzących się nadziei na zwycięstwo nad nieuleczalną chorobą.

Często zadaję sobie pytanie: który rodzaj blizny jest najbardziej dla nas bolesny? I tak sobie myślę, że w większości przypadków blizny fizyczne są namacalnym dowodem urazów wewnętrznych: duchowych i psychicznych. Ten rodzaj doświadczeń jest dla mnie dowodem na ciągłe i wzajemne przenikanie się stref „sacrum” oraz „profanum”. To wszystko też staram się wytłumaczyć moim dzieciom, bo przecież nie widzimy miłości, a jednak ludzie się kochają. Tak samo jest z wiatrem... Fizycznie nie jesteśmy w stanie go złapać do pudełka od zapałek, a jednak... możemy zauważyć, jak pod jego wpływem uginają się drzewa. A czym jest blizna? To namacalny dowód naszego cierpienia albo i czasem szczęścia. Ma wymiar wielokulturowy-dla europejki może oznaczać wydanie nowego życia na świat, a dla dziewczynki z Azji czy Bliskiego Wschodu jest znakiem „obrzezania” , czy okaleczenia kobiecości na całe życie. Dwie blizny, w innych zakątkach świata i dwa zupełnie inne znaczenia... Pamiętaj jednak o jednym: finalnie BLIZNA to znak i symbol tego, że rana się zagoiła, a ból przeminął. Dla niektórych może być swoistego rodzaju KATHARSIS- niezbędnym do dalszego, normalnego funkcjonowania w życiu.


Dlaczego piszę o szramach właśnie na Maybe Baby? Dlatego, że jestem dzieckiem lat 80-tych i mimo dosyć modnego wtedy, surowego podejścia do małoletnich, nigdy w życiu nie zostałam okaleczona przez moich rodziców. Kiedy koleżanki i koledzy opowiadali mi o kolejnych fizycznych ranach, których zaznali od swoich rodziców- ja w ogóle nie wiedziałam co oznacza „dać w tyłek” „czy przylać pasem”. A wierzcie mi, że w Nowej Hucie można się było nasłuchać.... Zawsze zastanawiałam się, co to daje i jakie konsekwencje przyniesie dla dzieciaka, który za chwile pójdzie w świat... Najprawdopodobniej blizny w przyszłości dadzą o sobie znać pod postacią braku wiary w siebie lub co gorsze, przeniesieniem przemocy fizycznej na własne dzieci. Pamiętaj.... O tych ranach dziecko nie zapomni... Te blizny zachowane w sercu, zostaną przez całe życie i będą ze sobą niosły konkretne konsekwencje. WIem, że jest trudno, bo sama czasami mam ochotę „udusić” własne dzieci, ale nie o to w tym wszystkim chodzi... Pełnowartościowe wychowanie najmłodszych jest najtrudniejszą z walk, gdzie przyjdzie Ci się bić z własnymi słabościami, niedoskonałościami, zmęczeniem i lękami. Wygraj pierwszą rundę, a wierz mi, że później będzie już tylko łatwiej.


Kiedy Cezary pierwszy raz zdjął kołnierz ortopedyczny, powiedziałam: „Chodź Pazur, zrobię Ci zdjęcie”. Ustawiłam go na ścianie domu i „cyknęłam” trzy foty. Zobaczyłam zbliżenie na komputerze i już wiedziałam o czym będzie mój kolejny tekst-„Blizny”- pomyślałam... Niby widoczna, ale lekko zamazana i na drugim planie. Dlaczego? Bo naprawdę to twarz pokazuje ból...

Po co o tym piszę w tym właśnie kontekście? Bo blizna na ciele czy duszy najbliższych nam ludzi, jest również naszą blizną. Bierzemy część tego cierpienia na siebie, aby móc odciążyć ukochaną osobę.

Czym jest dla mnie ta blizna na zdjęciu? Ulgą.... Tak. Ulgą. Dobrze przeczytaliście. Jest znakiem, że miłość wcale nie równa się poświęcenie... Zawsze mi jednak wmawiano, aż zaczęłam w to wierzyć , że nie wróży to dobrze mojej przyszłości :)

Gdy związałam się z moim Mężem słyszałam w kółko to samo: „Bierzesz sobie na barki starszego faceta- za chwilę będziesz jego pielęgniarką”, „Po co Ci to? Za parę lat jak odchowasz dzieci, zamiast przeżywać drugą młodość, będziesz musiała poświęcać się i siedzieć przy schorowanym starszym panu...” 

Czy to kwestia dzisiejszego wszechobecnego egoizmu? Może niektórzy chcą żyć łatwo i przyjemnie, a pewne sytuacje są im nie po drodze? A może po prostu ktoś z otoczenia zatapiając się w swojej niezłomnej "zajebistości", chce Ci udowodnić, że wie wszystko lepiej od Ciebie...?

Miłość nie oznacza poświecenia, a poświecenie nie jest częścią kochania. Powinniśmy zdać siebie sprawę, że miłość to wielka siła! Jedna z największych w kosmosie, która według niektórych uczonych równa jest nawet sile energii atomowej. Kiedy więc wali się i pali, a dobrze wiesz, że

nieszczęścia zawsze idą parami- wcale nie musisz od razu składać na „ołtarzu” ofiary z własnego JA. Chociaż przyznam, że czasami bywa cholernie ciężko. Cierpienie, łzy, ból, nieprzespane noce.... A wszystko wtedy kiedy masz dwoje małych dzieci, rodzinę w szpitalu i w każdej chwili możesz zacząć rodzić. Dodatkowo znajdą się też tacy , którzy w i tak patowej sytuacji doleją oliwy do ognia, bo ich egoizm zwycięża nad jakkolwiek pojętą w dzisiejszych czasach wrażliwością. ... Ale wiesz co? W tym wszystkim ani przez chwilę nie pomyślałam, że się czemuś lub dla kogoś poświęciłam...

To dla mnie oznacza blizna mojego Męża: SIŁĘ, którą potrafiłam w sobie odnaleźć chociaż wszystko spadło na mnie jak grom z jasnego nieba.

Przy okazji dowiedziałam się kto jest przyjacielem, a kto tylko gra w celu zaspokojenia własnych potrzeb. Gdzie wtedy jest rodzina i kto tak naprawdę do tej rodziny faktycznie przynależy.

Aby nie zakończyć tego tekstu na smutno i nostalgicznie to w ostatnim czasie dzięki bliźnie Czara zrozumiałam jeszcze jedną ważną rzecz. Otóż już wiem dlaczego my kobiety, a nie mężczyźni rodzą dzieci. Poród odbywany przez rodzaj męski spowodowałby spadek przyrostu naturalnego o jakieś 80 %, przy równoczesnym, trzykrotnym wzroście opieki okołoporodowej! ;)


Edyta Pazura

foto: Edyta Pazura

zdjęcia:https://pl.depositphotos.com/home.html

Miniaturka postu

Pierwsza Komunia Święta- czyli przeżyj to sam :)

Chcąc, nie chcąc komunijny szał dosięga wielu z nas. Może któraś z moich wskazówek pomoże Ci przeżyć ten czas tak, abyś wspominała go, nie tyle co z pozytywnymi emocjami, ale co więcej, nie bała się kolejnych: większych, rodzinnych, imprezowych wyzwań :)


1. Wyluzuj!

To chyba pierwsza i najważniejsza zasada podczas tego ważnego wydarzenia, jakim jest Komunia Święta Twojego dziecka. Pamiętaj, że nerwy Ci wcale nie pomogą- wręcz przeciwnie; tylko zaszkodzą. 

Mało tego, przeniosą się na rodzinną atmosferę i dziecko. Dość, że będziesz zestresowana, to po wszystkim bądź pewna, że to właśnie Ty będziesz sprawczynią nieszczęśliwych zdarzeń podczas uroczystości. Partner będzie miał ochotę Cię udusić, a rodzina za plecami proroczo wyszepcze Ci wszystkie przykre następstwa Twojego zachowania. Weź parę głębokich wdechów i odpuść sobie dla swojego dobra i dzieciaka. Naprawdę nikt nie zauważy, że Twoja kiecka jest w kolorze jasnoniebieskim, a nie gołębim- jak to sobie wymarzyłaś. Naucz się przyjmować na klatę rzeczywistość taką, jaka jest; zamiast bić się i kopać z własnymi niespełnionymi pragnieniami. Wiem, że czasami masz ochotę przytrzeć nosa „Cioci Gieni” swoim profesjonalizmem i zawodowym podejściem do post-komunijnej imprezy, ale szkoda Twoich starań- ona i tak tego nie zrozumie.



Jeżeli Ty będziesz panikować,  to pomyśl sobie jak odbierze to Twoje dziecko... W tych dniach powinnaś być dla niego opoką, a nie histeryczką. Twój spokój, przeniesie się na luz dzieciaka. Pamiętam, jak za moich czasów cała komunijna otoczka była tak nadmuchana, że trzykrotnie uciekałyśmy z koleżanką sprzed konfesjonału... To bez sensu i chyba nie o to chodzi, żeby kościół i rodzina wzbudzała strach u kilkulatków. Opanowanie rodziców= spokój i poczucie bezpieczeństwa pociechy.  Zapewne wiecie, że każdy sakrament należy traktować z powagą, ale straszenie dziecka przez cały rok niezaliczonymi definicjami, modlitwami, diabłami i rzucanie w niego czosnkiem, niczego nie da. To ma być duchowa uczta, a nie szczyt G8.                                                                                                                                                                                                    


2. Nie wstydź się prosić o pomoc

Każda z nas chce być super-bohaterką- to normalne! Ja też jestem perfekcjonistką i „Zosią Samosią” Tylko pytanie: „po co?” i „za jaką cenę”?. To, że poprosisz rodzinę czy znajomych o pomoc w urządzeniu przyjęcia nie oznacza, że stracisz miano „mózgu” całego przedsięwzięcia. Pamiętaj, że na samą uroczystość powinnaś być spokojna i piękna, a nie wkurzona i na dodatek niezadowolona ze swojej fryzury, która przez natłok obowiązków była zrobiona „ na szybkiego”. Jeżeli masz tylko możliwość lokalową i finansową to „wyprowadź” samo przyjęcie poza granice swojego mieszkania.  Ja  często rezygnuję z domówek, ponieważ kosztuje mnie to za dużo nerwów i późniejszego sprzątania. Prawda jest też taka, że chcąc nie chcąc, organizując obiad w domu, to właśnie Ty przejmiesz rolę kelnerki ;) Możesz być pewna, że nie usiądziesz ani na sekundę.  Czasami istnieje możliwość najęcia osób z zewnątrz, które odpowiednio przygotują obiad, oraz przejmą na siebie obsługę Twoich gości. Z własnego doświadczenia jednak wiem, że to ryzykowna gra, gdyż tylko Ty znasz swoją kuchnię na tyle dobrze, aby swobodnie się w niej obracać. Milion pytań od od osób trzecich potrafi często „zabić” i doprowadzić do szalu. Najważniejsze jest to, żebyś pamiętała o wsparciu innych. Historia zna wiele takich przypadków, że przy samodzielnie przygotowanej rodzinnej imprezie, która na przykład  zaczyna się o 16.00, Ty zaliczasz "śpiocha" już o 16.30 :D


3. Postaw na prostotę!

Pamiętaj, że to Pierwsza Komunia, a nie ślub! Najważniejsze w tym dniu jest Twoje dziecko, oraz pozytywna, rodzinna atmosfera. Nie daj się sprowokować tzw: „pierdołami” Nie musisz najmować stylistki, makijażystki i florystki. Pamiętaj, że teraz bardzo modne jest organizowanie przyjęć w stylu boho.

Postaw na kwiaty w wazonie z własnego ogródka, świeczki, lampiony i proste białe serwetki. Taka „biesiadna” impreza na pewno przypadnie do gustu każdemu. Twoje dziecko samo może wcześniej przygotować wiszące rozety czy girlandy.  Zrób owocowe lemoniady w dzbankach i wystaw posiłki w ceramicznych naczyniach. Do tego chleb w koszykach i luźno rozrzucone poduchy. Taka swobodna atmosfera i rezygnacja z nadęcia, na pewno będzie sprzyjać długim rozmowom i sielskim zabawom dzieci. Przecież o to właśnie chodzi, żeby było miło i przyjemnie.

Nie zapraszaj 80 osób na zasadzie "bo wypada". Otaczaj się ludźmi naprawdę Ci przychylnymi i przyjaznymi, bo to oni także tworzą pozytywną energię całego wydarzenia. Zawęź grono gości do naprawdę bliskich Ci osób. Od razu zauważysz, że zaczniesz oddychać pełną piersią :) 


4. To odpowiedni czas na trudne rozmowy.


Opowiedz swojemu dziecku dlaczego w ogóle idzie do komunii. Nawiąż do kultury chrześcijańskiej i tego dlaczego sami- jako rodzice wybraliście taką drogę duchową. Dla mnie ten czas też był bardzo ważny. Powstały pytania dotyczące naszego braku uczestnictwa w przyjmowaniu komunii oraz całej sytuacji rodzinnej. Postaraj się przekazać dziecku, że religia ma wymiar duchowy oraz ten bardziej materialny; czyli instytucjonalny, na który nie mamy zbytniego wpływu. Przy okazji pokaż swojemu kilkulatkowi, że na świecie istnieje wiele innych religii związanych z kulturą, obyczajami czy położeniem geograficznym. Uczmy dzieci tolerancji wobec osób innego wyznania czy ateistów. Pokaż, że fakt, iż ktoś jest niewierzący, wcale nie oznacza, że jest od nas gorszy. Religia powinna rozwijać naszą duchowość pozytywnie, a nie czynić z nas fanatyków. Ja swoim dzieciom tłumaczę, że niezależnie od tego jaka jest nasza sytuacja życiowa powinniśmy patrzeć na drugą osobę przez pryzmat człowieczeństwa a nie religii. Fakt, że zostałam zablokowana przez Kościół, aby w pełni uczestniczyć w nabożeństwie nie oznacza, że jestem zła czy moja miłość do ich ojca jest nieprzyzwoita. Pamiętaj, że te wszystkie instytucjonalne ograniczenia nie mają wpływu na Twój rozwój duchowy oraz Twojego dziecka. Wystarczy chcieć :) 


5. Nie rób niczego na siłę.

Obserwuję, że dużo dzieci przystępuje do komunii „ bo wypada” lub  „będzie fajna impreza”. Czasami wręcz, do boju potrafi włączyć się babcia lub dziadek ze swoimi pięcioma groszami i zmusić dzieciaka  oraz Ciebie do przyjęcia sakramentu… Jestem zdania, że lepiej nie robić nic na siłę. Jeżeli to nie jest Twoja religia, nie czujesz bluesa i wiesz, że i tak po uroczystości zlejesz totalnie tę wiarę- nie rób tego… Nie posyłaj swojego dziecka do Komunii Świętej, jak nie umie się przeżegnać i nie wie po co w ogóle ta cała uroczystość. 

Nauczcie się szanować swoje poglądy i przekaż to też swojemu potomstwu. Możecie być pewni, że Wasze dzieciaki jako dorośli już ludzie podziękują Wam, że nie przeinaczaliście ich rzeczywistości. Nic nie stoi na przeszkodzie, że za kilka lat Twoja pociecha sama dojdzie do wniosku, że jest osobą wierzącą i chce przyjąć sakramenty. Ale jeżeli teraz masz to zrobić lewą ręką za prawe ucho, to odpuść i nie ucz swojego kilkulatka powierzchniowości już od najmłodszych lat. 

Disneyland zamiast komunii?! Hmmm… Ja mówię stanowczo; „NIE!” Jeżeli jesteście niewierzący, wytłumacz dziecku, że po prostu tak jest i już. Może to kilkulatek, ale nie traktuj go jak jakiegoś „przygłupa.” Nie musisz wynagradzać dzieciakowi czegoś, co i tak go nie dotyczy….Fundując drogie wycieczki czy prezenty w zamian za komunijną imprezę, nieświadomie wpędzasz własnego dzieciaka w poczucie winny i wyobcowanie. Takie jest wasze życie i koniec kropka. Wcale nie jest przez to gorsze od innych. Naucz przyjmować na klatę rzeczywistość taką jaka jest i szanować własne życie. Tylko w ten sposób nauczysz tego samego swoje dziecko. 


Autor: Edyta Pazura
zdjęcia:https://pl.depositphotos.com/home.html

Miniaturka postu

Kobiety mojego życia

Jestem kobietą i aż kobietą... Dojrzałą, świadomą, mądrzejszą... Już nie dziewiętnastolatką...... Nie daje się okłamywać i wmówić sobie kolejnych bzdur. Jestem tylko człowiekiem i aż człowiekiem... Czasami mam ochotę, tak jak na tym zdjęciu, schować szkliste oczy za czarnym makijażem. Lubię kiedy ktoś mi mówi: „Nie płacz Ptaszyno.” Staram się nie okazywać światu swoich słabości i na przekór wszystkim jestem sobą. Wraz z upływem lat, staje się coraz większą egoistką... i dobrze! Każda kobieta powinna umieć zawalczyć o siebie, ale i jednocześnie mieć prawo bez tłumaczenia, wylać morze łez... Kiedyś zależało mi na tym, żeby wszyscy mnie kochali i szanowali. Dzisiaj przede wszystkim to ja kocham i szanuje samą siebie. To co myślą o mnie inni jest dla mnie zupełnie nieważne. Niczego już nie oczekuje od drugiego człowieka; wiem, że lepiej być mile zaskoczoną , niż niemile rozczarowaną. 

Już niedługo na imaybebaby.com mój autorski cykl: „Kobiety mojego życia”

Przedstawię Wam sylwetki ważnych i jednocześnie silnych kobiet, które spotkałam na swojej drodze. ich niezwykłe historie i pokaże jak wielka jest nasza moc. To będą prawdziwe, wzruszające, smutne, zabawne, wyciskające łzy, przerażajace i czasami wesołe opowieści. 

W czasach kiedy kobieta- kobiecie wilkiem, chcę pokazać jak bardzo się od siebie różnimy. Nasza różnorodność nie jest jednak powodem do wystawiania sobie wzajemnie negatywnych komentarzy czy wytykania wad. 

Pamiętaj: To co dla Ciebie jest normalne dla kogoś innego może być zupełnie nieznane- a medal ma zawsze dwie strony... 

Miniaturka postu

Dobry zwyczaj?- Nie dotykaj!

Niewątpliwie my kobiety to nieprzejednana mieszanka sacrum i profanum. Z tym drugim, zmierzamy się każdego dnia.  Można śmiało stwierdzić, „że nic co ludzkie nie jest nam obce.” :) Czasami mam wrażenie, że opanowałyśmy większość zawodów świata w jednej osobie: matka, żona, sprzątaczka, kucharka, księgowa, menadżer, nauczyciel,kierowca, hydraulik i elektryk w jednym. To tylko część wykonywanej przez nas czarnej roboty.

Z moim osobistym, kobiecym sacrum, miałam do czynienia  dwa razy w życiu, podczas moich ciąż. Jednak za trzecim razem, porzuciłam to co święte i zabroniłam innym dotykać mojego ciążowego brzucha. „Obmacywaczom” mówię stanowczo; NIE


Gorące wakacje. Jesteśmy w jednym z włoskich, historycznych miast, pełnych starożytnych rzeźb; nagich, muskularnych męskich i żeńskich postaci. Stoję, obserwując turystów i jak się okazuje największe zainteresowanie wzbudza fontanna z postacią nagiego, rzymskiego mężczyzny. Po chwili widzę, jak jedna osoba za drugą ( przeważnie płci żeńskiej) podchodzi do rzeźby i maca kamienistego „siurasa” wydobywając  przy tym z siebie dziwne dźwięki zadowolenia.  „No cóż”- pomyślałam ” Taki mamy klimat…”

Zawsze uważałam, że tkanka miękka jest bardziej atrakcyjna od tej stwardniałej, ale chyba nasz ludzki atawizm, każe nam dotykać tego co inne i jeszcze nie do końca poznane? Z drugiej strony, może to rodzaj jakieś terapii sensorycznej dla dorosłych? Tego nie wiem i chyba wolę dla własnego zdrowia psychicznego nie wdawać się w szczegóły, dlaczego kamienne przyrodzenie budzi tak wiele sensacji… O  ile  zatwardziałemu rzymianinowi takie macanie, zapewne nie przeszkadzało, to mi w ciąży wręcz odwrotnie.


Od zawsze utrzymywałam duży dystans do osób trzecich, przeważnie ten cielesny, który być może stał się dla mnie już obsesyjny. O ile jako niedoświadczona 21 latka, chciałam zachować powagę sytuacji i godziłam się na ostentacyjne dotykanie mojego ciążowego brzucha. Tak, kończąc lat 30- obiecałam sobie, że już nigdy nie zgodzę się na coś, co jest sprzeczne z moimi nawykami.


Kochana kobieto, kochany mężczyzno! Jeżeli zobaczysz brzemienną, nie biegnij do jej brzucha z wyciągniętą ręką,  jakbyś miał sięgnąć po kluczyk do nowego Ferrari. To nie jest święty Graal. Mimo jej błogosławionego stanu, wierz mi… Za sprawą twojego dotyku; ciężarna nie zniesie złotych jajek, nie wygrasz w totka, nie odwróci się zła karta, nie pojawi się nad Twoją głową aureola, samo się w domu nie posprząta i generalnie niczego lepszego się nie spodziewaj. Kobieta ciężarna to nie fontanna, do której można wrzucić złote klepaki w zamian za obietnicę dostatniego życia. Jedyne czego możesz się spodziewać to  szczęścia, że w zamian za „obmacywanko"  jej brzucha nie dostałeś/aś w łeb. 


Oczywiście uwielbiam kiedy mój brzuch dotykają mąż i dzieci. Nie jestem jednak pewna intencji osób trzecich i dostaje furii, kiedy ktoś ze swoimi rękoma próbuje mnie tknąć w zamian za osiągnięcie bajkowego szczęścia, które ma przynieść owe dotknięcie brzucha ciężarnej.. O ile kiedyś nie umiałam nikomu odmówić i zaciskałam mocno zęby, tak dzisiaj po prostu na to nie pozwalam. 

Kiedy jedna z osób, próbowała zaznać legendarnego błogosławieństwa  za sprawą dotknięcia mojego, już dosyć sporego brzucha , powiedziałam wprost, żeby tego nie robiła. Oczywiście wtem pojawiło się magiczne: a dlaczego? 

    „ A no dlatego moja miła, że jakbym obmacywała przyrodzenie Twojego mężczyzny, to raczej nie byłabyś z tego powodu najszczęśliwszą kobietą na świecie”.
    Wiecie co?! Jednego jestem pewna. Z moją rodzimą bezpośredniością jest tak, jak z polską gościnnością. Nie ma sobie równych i na dodatek dzięki niej, od razu osiągamy zamierzony cel :) 

Polecam!

Miniaturka postu

Czarny piątek, biały poniedziałek- czyli moja szara środa

Życie ze znanym aktorem jest dosyć… dziwne. Ktoś sławny cały czas jest na świeczniku i tak naprawdę nie wiedząc do końca czemu, piszę się o każdym aspekcie jego życia. Większość z tych „newsów objawionych” a raczej jakieś 90 % to tzw „licentia poetica” osoby która umyśli sobie, że akurat dzisiaj bierze na tapetę „ Panią X” (Obstawiam, że jej oczy zielone, człowieka- czyli „Panią X’ nigdy nawet nie widziały) 


    Te niczym niezbadane zjawiska nadprzyrodzone, nauczyły mnie jednak dosyć sporo; mam w życiu dużo pokory, cierpliwości i zawsze zanim wyrażę swoją opinię, przez długie miesiące pozostaje bacznym obserwatorem. 

Tak było i ostatnio. Z wielkim zaciekawieniem przyglądałam się niektórym ludziom, którzy w środę rysowali sobie czarną kreskę na ręce jednocząc się z chorymi na  zespół Downa; w piątek szli na czarny protest, a w niedziele dumnie maszerowali z palmą do kościoła. Wiem jednak, że nic mnie już w życiu nie zdziwi. Pozostało mi tylko dalsze „podglądanie”.

Z tych wszystkich historii ostatnich kilkunastu miesięcy nasunęła mi się jedna myśl… Ci co najbardziej walczą o wolność i tolerancję, tak naprawdę tolerują tylko siebie i własne poglądy. Ci drudzy zaś, idąc do kościoła i modląc się o miłosierdzie dla całego świata, zupełnie przy okazji zmówią litanie, aby w czyjąś piątkową czarną parasolkę, pierdyknęła boża błyskawica „sprawiedliwości”.

Ostro to pokręcone wszystko…  


    Ale tak na poważnie. Smuci mnie fakt, że nadeszły czasy, kiedy kobieta- kobiecie jest wilkiem. Zastanawiam się, czy faktycznie tak musi być? Czy zdamy sobie sprawę, że ktoś specjalnie wbija kij w mrowisko; śmiejąc się, obserwuje jak zjadamy siebie nawzajem? Coraz częściej popadamy w bezwzględność, wynosząc samych siebie wraz ze swoimi poglądami na piedestał wszelkiej ludzkiej egzystencji. A prawda jest taka, że każda decyzja nigdy nie jest do końca dobra, każda jest trudna i tak samo każda niesie za sobą określone konsekwencje. 

    Moja mądra mama Krysia. Z dziada-pradziada krakowianka, mawiała mi zawsze: „Pamiętaj dziecko, aby nigdy niczego nie robić od dupy strony…” Podążając tym prostym, ale jakże dosłownym stwierdzeniem; śmiem podejrzewać, że nie  jest trudno zebrać 850 tys podpisów pod czymś, co większości i tak nie dotyczy. Prawda jest jednak taka, że niepełnosprawne, chore dzieci traktowane są w naszym kraju jak margines; z brakiem dostępu do tanich lekarstw, rehabilitacji i zasiłków. Kolejny rząd funduje im „jakąś” egzystencje, a nie życie- przy tym wymagając postaw heroicznych. Trochę to właśnie wszystko zakrawa mi o  „krysiowe” - „od dupy strony”- które w historii Polski przewija się już od czasów Mieszka - czyli od zawsze…Znamienne jest jeszcze to, że mężczyzna niczym wojownik z komiksów Marvela, kiedy dowiaduje się, że czeka go życie przy chorym dziecku, nagle za pomocą swych magicznych mocy, ulatnia się w inną przestrzeń czasową… 

Łatwo jest powiedzieć „masz usunąć” lub „masz urodzić”. Trudniej za to, jest podać rękę drugiej osobie, bez względu na to czy jej poglądy zgadzają się z naszymi, czy też nie. Najzwyczajniej w świecie szepnąć „Nie bój się -możesz na mnie liczyć”. 

    To nie nasza wiara, kolor skóry, orientacja, poglądy czy przekonania świadczą o naszym człowieczeństwie- ale wrażliwość na drugiego człowieka…Szkoda, że w swoich nieustraszonych walkach o własne przekonania, zapominamy o drugim człowieku. A najbardziej smutne jest to, że my kobiety stajemy naprzeciwko siebie, po dwóch stronach barykady.

Miniaturka postu

„Gówniara” „Dziewczynka z PKP”- czyli miłość z różnicą wieku w tle.

Dostaje od Was bardzo dużo zapytań dotyczących relacji z dużo starszym partnerem. Wiele z Was wchodzi dopiero w taki związek i często pyta się mnie jak to jest. Hmmm…. Psychologiem, socjologiem ani seksuologiem nie jestem. Mogę Wam jednak napisać, jak to wyglądało z mojej perspektywy. Klient prosi- klient ma.

Otóż moja Droga Koleżanko, jeżeli poznałaś dużo starszego mężczyznę możesz być pewna, że powieści z serii Danielle Steel to pikuś w porównaniu do tego co Cię czeka. 

1) Znajomi Twojego nowego partnera to prawdopodobnie towarzystwo w wieku 40+ do 50+. W związku z tym, większość koleżanek Twojego chłopaka będzie chciało pokazać Ci , gdzie Twoje miejsce i jak tylko będą miały okazje- „ugryzą” Cię tu i ówdzie- delikatnie podbudowując swoje niemłode już ego, kosztem Twoich młodzieńczych emocji. Nie wyobrażaj sobie, że ktokolwiek stanie w Twojej obronie. Partner będzie próbował obrócić żenujący komentarz koleżanki w żart,a Ty możesz być więcej niż pewna, że swój wieczór spędzisz w raczej grobowym nastroju… Masz dwa wyjścia: Albo przepłakać całą noc, albo sprowadzić inteligentnie i  z klasą koleżankę swojego „chłopaka” do parteru. To ciężka sztuka- bo jak tylko przegniesz, to całe towarzystwo będzie miało pretekst, żeby właśnie Ciebie nazwać „chamicą’. Ja pierwsze 5 lat przepłakałam, póżniej milczałam, a teraz jak ktokolwiek próbuje mi udowodnić, że straszy wiek idzie w parze z jego/jej inteligencją, to szybko udowaniam im, że tak doprawdy nie jest. 

2) Jeżeli Twój nowy, świeży, dużo starszy partner miał partnerkę, narzeczoną, żonę, etc- to jednym słowem- MASZ PRZEKICHANE PO CAŁOŚCI. Choćbyś zdobyła Nagrodę Pulitzera i zrobiła jednocześnie profesurę z nanotechnologii- to i tak zawsze będziesz „tą” złą. Jeżeli ktokolwiek mówi o gorszym i lepszym sorcie- bądź pewna, że w oczach innych będziesz z góry traktowana jak  powód wszystkich nieszczęść, chorób, zawodowych zawirowań swojego starszego towarzysza. Gdyby przez Polskę, przeszły plagi egipskie- zapewne, Ty będziesz za to odpowiedzialna. Mało tego, była partnerka Twojego starszego chłopaka, pójdzie w miasto i wraz ze swymi krokodylimi łzami będzie opowiadać Baśnie 1001 nocy z Tobą i jej ex w roli głównej. Recepta jest tylko jedna- niech Ci powiewa to luźnym żaglem, bo w przeciwnym razie skończysz z głęboką depresją, a wyglądem zaczniesz przypominać Marylina Mansona. 

3) Jeżeli na pewno zdecydujesz się na bycie z dużo starszym mężczyzną- poproś go o miesięczną przerwę. Powiedz, że dostałaś w pracy dodatek pielęgnacyjny  i wyjedz do innego miasta w celu zadbania o siebie. Idź do kosmetyczki, fryzjera, ortodonty, stomatologa i na zakupy zanim ostatecznie zdecydujesz się na związanie z dużo starszym partnerem. Później oczywiście będzie to możliwe, ale za każdym razem, będzie to gorąco komentowane. Ty korzystasz z jego pieniędzy, a on pewnie chce Cię „stuningować” bo  wiek już nie ten, a co za tym idzie, zapewne ma problem z erekcją…Możesz być pewna Moja Droga, że jeżeli zapragniesz zrobić coś dla siebie i choćby on groszem nie śmierdział- to będzie to wystarczający powód dla innych, żeby wytłumaczyli swojej zbolałej głowie- że to nie miłość, tylko ten obdarty, skórzany portfel jest powodem Twojego zamiłowania do jego osoby. Ja za swoje sześć licówek u góry powinnam się tłumaczyć całe życie- zrobić rachunek sumienia, przejść drogę pełną rozżarzonych węgli i na koniec dokonać samospalenia. Powinnam się przyznać i przeprosić cały świat, że to zrobiłam- a temat ten i tak będzie wałkowany z równie dużym podnieceniem, co przyczyny karamboli rządowych limuzyn. Ciebie czeka to samo- tylko komentowane będzie w mniejszym towarzystwie ;)- Szczęściaro!

A teraz tak na poważnie. Nie, możesz się przejmować tym, co myślą inni, bo w przeciwnym razie będziesz mijała swoje szczęście na każdym skrzyżowaniu. Podgryzać Cię  będą zawsze- to na pewno. Ale jednego możesz być pewna; ci co to robią, nie skończą dobrze. Ty będziesz dalej szła przez życie, a oni z wypiekami na twarzy kolejne lata spędzą, zastanawiając się nad tym, jak Cię chwilowo unieruchomić. 

Miłość nie zna wieku, a ta różnica to fizyczność, która często płata figle…Wiem, co piszę… Może, pewnego, pięknego dnia okazać się, że to Ty będziesz potrzebowała jego pomocy; aby założył Ci buty, ubrał bluzkę lub podał herbatę

My przez te prawie 12 lat przeszliśmy odmianę rzeczownika „ miłość” przez wszystkie przypadki, a nasze docieranie się kosztowało nas wielokrotną  „wymianą okładzin hamulcowych” Były wspaniałe, piękne chwile; ale ja kto w życiu bywa- problemy zdrowotne, zawodowe czy finansowe. Wspólne życie przynosi nam wiele uśmiechów, ale nie mniej problemów i rozczarowań… 

Ja, jednak nie wyobrażam sobie swojego życia przy innym człowieku. Nie mogłabym z nikim innym dzielić łóżka, nikomu innemu urodzić troje dzieci i nie chciałabym z nikim innym przeżywać  każdego kolejnego dnia. Nie wyobrażam sobie zapachu innego mężczyzny w domu, a wszystko co jego, jest już takie moje i osobiste. Na sam koniec- nie wyobrażam sobie okazywać swoich łez i słabości przy kimś innym. Wiem, że to jedyna osoba na świecie, która wspiera mnie w każdej chwili. Ani przez sekundę nie umiem zobaczyć swojego odbicia, bez niego u swojego boku.

Jeżeli więc, spotkasz dużo starszego mężczyznę- wiedz, że różnica wieku będzie Waszym najmniejszym problemem. Bierz co Ci daje życie, wyobraź sobie, że wszystkim tym, którzy Ci źle życzą, otwierasz parasolkę w d…. i bądź szczęśliwa… Bo nikt inny, tego szczęścia Ci nie da….