Zakładki

Miniaturka postu
Miniaturka postu
Miniaturka postu
Miniaturka postu
Miniaturka postu
Miniaturka postu
Miniaturka postu
Miniaturka postu
Miniaturka postu

Najnowsze posty

Z pamiętnika Miniaturka postu

Mordercy inicjatyw. Czyli krytykować każdy może...

Nie musiałam długo czekać… Ku mojemu zdziwieniu jak narazie mój monitoring mediów wykazał tylko jeden artykuł Pani Pauliny Sochy Jakubowskiej- dziennikarki, blogerki, mamy 1,5 rocznego dziecka z wp.pl, która pozwoliła sobie na swój sposób skrytykować moją osobę i przy okazji,  jak to nazwała „infantylny” język w moim tekście, który dotyczył Światowego Tygodnia Karmienia Piersią . Jej zacny, pełen „inteligencji” oraz mądrych rad artykuł w sposób przewidywalny zbawia świat, niestety tylko słowami, a nie czynami. Oczywiście oberwało się także Lewandowskiej, Kukulskiej, Żebrowskiej, Sołtysik i Bohosiewicz i innymi influencerkom oraz blogerkom, które postanawiają coś ze sobą zrobić i pokazać że karmienie piersią jest OK.

Pani przenikliwie zbadała mój tekst oraz język w jakim pisze, po czym doszła do dokładnie tych samych wniosków, o których ja pisałam w moich wspomnieniach dotyczących karmienia piersią… Nie wnikam czy nie umie czytać ze zrozumieniem, czy mój infantylny język zabił jej inteligencje… Może zaznała słynnej pomroczności jasnej?- jej sprawa. Jednak jak mniemam, Pani Paulina- dziennikarka, blogerka, mama 1,5 rocznego dziecka- osoba inteligentna, nie wyciągnęła jasnych (jakby się wydawało) wniosków z moich słów, więc następnym razem na specjalne życzenie Pani Pauliny, będę pisać wprost- poważnie i obiecuje już, że nie infantylnie .

Rzecz jasna Pani Paulina swoim dziennikarskim i jakże poważnym stylem, pisząc kolokwialnie, lecz nie infantylnie- opier…. wszystkie blogerki paretingowe i inne wpływowe kobiety, że wywalają publicznie swoje cycki i pokazują przemoczone od mleka koszulki w zamian za pokazanie markowego laktatora czy sowitego wynagrodzenia. Oczywiście Pani Paulinie- dziennikarce, blogerce, matce- leży na sercu dobro wszystkich kobiet karmiących i apeluje do innych wpływowych kobiet, aby te nie pokazywały gołych cycków tylko poprosiły lekarzy ginekologów, położników aby Ci, zaczęli pomagać świeżym matkom w szpitalach po porodach w laktacyjnej przygodzie. Czyli co? A no to, że Pani Paulina- blogerka, dziennikarka, matka 1,5 rocznego dziecka, zastosowała klasyczny „ podliz ” swoim czytelniczkom, aby pokazać jakie te celebrytki są głupie i infantylne, a ona przecież taka poważna z jeszcze bardziej poważnymi pomysłami, które mają zmienić naszą Polskę na lepsze. Z niecierpilowością zatem czekam, aż Pani Paulina- blogerka, dziennikarka, bierze pod pachę swoje 1,5 roczne dziecko i rusza na podbój polskich szpitali w celu edukowania położników i doradców laktacyjnych. Naprawdę, bardzo chcę to zobaczyć…

Moja przyjaciółka, która jest psychologiem, twierdzi, że jeżeli człowiek coś uzewnętrznia, to najprawdopodniej tego bardzo pragnie. Mam więc nadzieję, że tym razem, mój mniej infantylny język trafi w patetyczny styl Pani Pauliny - a ona sama zyska popularność i upragniony darmowy laktator. Jeżeli jednak tak by się nie stało, z chęcią oddam mój laktator Medeli- który kupiłam za pieniądze mojego bogatego Męża, a nie dostałam w zamian za pokazanie gołego cyca na Instagramie.  

Dlaczego co wszystko piszę? Bo krytyka Pani Pauliny- blogerki, dziennikarki, matki 1,5 rocznego dziecka trafiła w sam środek mojego miękkiego serca? No akurat niestety nie… Po pierwsze jeżeli o to chodzi, to serce mam z kamienia, a po drugie częstotliwość krytyki mierząca w moją stronę jest tak regularna, że z powodzeniem, mając już tę swoją, stałą częstotliwość mogłabym założyć własne radio… Piszę o tym wszystkim, bo pamiętam moment, kiedy powiedziałam koleżance, że zakładam swój blog. Ona spojrzała na mnie wymownie i powiedziała: „ No to masz przeje…ne, matka- matce największym wrogiem” Oczywiście, wtedy byłam zbyt podniecona faktem, że pomiędzy, karmieniem, graniem w UNO, Dixit i 5 sekund, ogarnianiem spraw Czara, sprawdzaniem lekcji, tłumaczeniem kalendarza i mnożenia, czytaniem lektur, peklowaniem słoiczków na zimę i znowu opierdzielaniem Czara oraz rozliczaniem podatku każdego 20 dnia miesiąca- będę jeszcze miała swój ukochany blog osobisty. Koleżance po fachu nie wierzyłam… Jak widać, okazało się, że miała rację…

Smutny wniosek z tego taki, że podczas Światowego Tygodnia Karmienia Piersią żadna zacna dziennikarka, blogerka, znawczyni języka polskiego, jak Pani Paulina, nie zadzwoniła do mnie z pomysłem abyśmy zrobiły krok dalej i np założyły fundacje, czy zorganizowały akcje, która miałaby pomóc kobietom po urodzeniu dziecka oswoić się z laktacją. Chętnie bym się zgodziła. Pewnie tak samo jak i koleżanki wywołane do tablicy w tekście Pani dziennikarki, blogerki. 

Dzięki Pani Paulinie wiem, że jesteśmy mordercami każdej inicjatywy, zanim jeszcze w ogóle takowa powstanie. Nawet jeżeli, ktoś ma pomysł na zrobienie kroku do przodu, to zapewne zadaje sobie pytanie: „Po co? Przecież i tak zostanie to skrytykowane…” 

Przy okazji jednak włożę kij w mrowisko i poproszę Panią Paulinę, aby jej pracodawca czyli Wirtualna Polska , trzymał się tych samych opinii ,gdyż jeszcze parę dni temu chwalono wszystkie te „sławne” kobiety, które promują karmienie piersią wraz z moim zdjęciem w tle. Po drugie Pani Paulino, proszę przekazać, aby koleżanki redakcyjne z wp.pl nie dzwoniły do mnie i nie pisały maili prosząc o wywiad, nawijając mi watę na uszy, o tym jaką jestem przykładną i wspaniałą matką. Śmierdzi hipokryzją… a Ja? Ani przykładna, ani wspaniała tylko infantylna z pseudointeligentnymi tekstami (jak ostatnio też o sobie przeczytałam)  

Krytykować każdy może… Z niecierpliwością zatem czekam, aż znajdzie się kolejna osoba po maturze, która w ferworze swojej wspaniałości skrytykuje mój język oraz styl :) 

Na koniec jednak coś pozytywnego od Cioci Edytki :) Nadal wierzę w kobiety…:)

Co, gdzie, kiedy? Miniaturka postu

Raz, dwa, trzy karmisz TY!- Światowy Tydzień Karmienia Piersią

Swoją przygodę z karmieniem piersią rozpoczęłam dokładnie 9 temu, kiedy urodziła się moja córeczka Amelia. Nadmiar informacji, które bombardowały mnie dosłownie zewsząd był dobijający, niczym widmo wakacji z wrogiem pod jednym namiotem....„Co to będzie, co to będzie???”- myślałam sobie po cichu i w samotności. Oczywiście na zewnątrz zgrywałam twardzielkę , więc widmo porodu i karmienia piersią malowałam jako zajęcia prozaiczne, tak zwane „pierdnięcia.” O ile z porodem poszło jak z bajki, a myślałam, że takie istnieją tylko w kolorowych folderach reklamujących wypasiony poród w prywatnej klinice, to z karmieniem piersią nie było już tak kolorowo... 

Po pierwsze zaraz po porodzie, nikt nie pytając mnie o zdanie , przystawił mi małego ssaka wielkości 3,4 kg do moich już nie małych lecz zupełnie dziewiczych piersiątek. O ile ostrzegano mnie w szkole rodzenia, że taki człek mały, to raczej nie człek jeszcze, a bardziej organizm przypominający pompę ssąco- tłoczącą, to nie zdawałam sobie sprawy z tego, że to faktycznie JEST(!) pompa ssąco- tłocząca, dla której dodatkowo ja, osobiście muszę to paliwo naprodukować.

Po drugie, było pięknie i romantycznie przez zaledwie 48 godzin... Później zaczął się nazywany przez nas matki: „HARDCORE.” W dość brutalny sposób motylki latające w moim brzuchu dotknęła masowa zagłada i zdechły wraz z narastającym bólem i frustracją. 

Generalnie to nie wiem od czego zacząć? Może od tego, że moje sutki przypominały wyglądem posiekane mięsko na mielone, a moje skromne 75B w przeciągu tych dwóch dni urosło do 75E. Obkładanie cycków kapustą , skończyło się tym, że zagotowała się ona na moich piersiach i przez następne 48 godzin za chiny ludowe nie mogłam się pozbyć z mojej klaty zapachu gotowanej kapuchy. Dziecko musiało być naprawdę bardzo głodne i zdesperowane, skoro jadło mimo tego „charakterystycznego” zapachu. Po trzech tygodniach wszystko cudownie i nagle się ustabilizowało , ale jeden Bóg wie co przeżyłam przez te kilkanaście dni. Przez cały ten czas towarzyszyły mi wszystkie negatywne uczucia tego świata. Kiedy któraś koleżanka mówiła mi:„ Przecież to najpiękniejsze co może Cię spotkać”,wówczas myślałam sobie: „jasne!...to może się zamienimy cwaniaro co?”

Wisienką na torcie był fakt, że moja dwójka dzieci- czyli i Antek, i Amelka- mieli popularne tzw: „kolki”. O matko co to był za sajgon!... Szło w ruch wszystko, począwszy od jazdy samochodem, po włączanie suszarki i odkurzaczy, aby chociaż przez chwilę załagodzić płacz małego „ rozdarciucha.” Oczywiście znalazło się wokół mnie mnóstwo doradców i specjalistów z tym, że nikt do cholery pomóc mi nie potrafił... Wyglądałam wtedy jak pół wszystkich popularnych dzisiaj fit— trenerek razem wziętych, a na gotowanego indyka z równie przegotowanymi ziemniakami patrzeć już nie mogłam! To wszytko razem wzięte zakrawało na kosmiczną katastrofę....

Najgorsze jednak co można zrobić, to próbować zmusić kobietę do karmienia piersią swojego dziecka i próbować wywoływać w niej poczucie winy. Znam mnóstwo przypadków kiedy kobieta w towarzystwie zapytana czy karmi swojego bobasa odpowiadała znane już chyba wszystkim; „Nie, no wiesz... Niestety nie miałam pokarmu. ” Jednak po paru „głębszych” okazywało się, że koleżanka na karmienie swojego dzieciaka wcale nie miała ochoty. Wolała być niezależna, wolna, było to dla niej niesmaczne lub wręcz obrzydliwie. Czasami kobiety boją się o estetykę swoich piersi. No cóż... Zawsze doceniam te dziewczyny, które wprost umieją powiedzieć dlaczego nie karmią, niż zmyślanie bajeczek niczym z „Alicji w Krainie Czarów”. Bohaterką jest dla mnie każda kobieta, która karmi swoje dziecko, ale też i taka która potrafi powiedzieć szczerze o swoich odczuciach i nie daje zrobić z siebie gorszej od innych. 

Szkoda, że nikt nie umiał mi pomóc kiedy urodziłam Amelkę, czy potem Antosia i spróbować zdiagnozować, co tak naprawdę działo się moim dzieciom. Bardzo dużo czasu straciłam na szarpanie się oraz nerwy. Uważam, że słowo „kolka” jest przez nas oraz lekarzy bardzo nadużywane. Najprawdopodobniej spadnie teraz na mnie lawina szczerej krytyki, ale coś takiego jak „dieta matki karmiącej” można sobie wsadzić na półki pomiędzy bajki. Skąd to wiem? Ano wiem z autopsji. Amelia krzyczała wniebogłosy i mimo, że byłam na ścisłej diecie okazało się, że dzieciak nie ma kolki, tylko po prostu uczulenie na laktozę. 10 lat temu „laktoza” brzmiała jak jakaś nowo- odkryta choroba wirusowa , niczym Ebola. Mało w ogóle kto miał pojęcie o co chodzi. Oczywiście nie muszę dodawać, że wszystko to wyjaśniło się kiedy przestałam karmić... 

Antoś? Ach ten Antek... Po prostu był przejedzony.... Dlaczego?! No bo przecież kiedy wychodzimy po porodzie ze szpitala, to jak mantrę powtarzają nam: „ Karmimy na żądanie”. No i to sławne „żądanie” kończyło się wiecznym wrzaskiem, ale Panie w szpitalu sikały z radości, bo ten mój Antek po 6 tygodniach podwoił swoją wagę urodzeniową... 

Oczywiście Kochana Mamo Karmiąca, warto się zdrowo odżywiać, ale przede wszystkim dla własnego czystego egoizmu. Warto eliminować pewne składniki pod warunkiem że dziecko jest alergikiem. Wierz mi, że jak zjesz 3-4 truskawki ze sprawdzonego źródła lub własnego ogródka to na pewno nic się nie stanie. Raczej zwróć uwagę na substancje czynne takie jak alkohol, nikotyna, leki, ale i cały ten chemiczny syf który jest pakowany do jedzenia, bo to on tak naprawdę jest realnym zagrożeniem dla Twojego maleństwa, a nie pomidor z babcinej grządki... Nie mogę słuchać tego, jak kobiety katują się dietami pod tytułem: „ Nie wolno mi jeść psiankowatych.” To, że karmisz, nie oznacza, że teraz masz jeść wszystko gotowane z wody, bez smaku i aromatu. Wręcz przeciwnie. Powinnaś czuć się szczęśliwa, a nie patrzeć z zazdrością na kogoś, kto ze smakiem spożywa w twoim towarzystwie curry.

Teraz przy mojej Ricie jem wszystko! Tylko kupuję to naprawdę u sprawdzonych osób. Efekt? Moje macierzyństwo jak i karmienie piersią nabrało zupełnie nieznanych dla mnie- kolorowych barw. Dziecko je, śpi i śmieje się. Zupełnie co innego niż 10 lat temu. Anegdota jest taka, że całkiem niedawno po paru tygodniach wspaniałego, beztroskiego macierzyństwa przyszłam do mojego Męża i rzekłam tak:

-„ Czaruś, czy na pewno jest wszystko w porządku z Ritą? To normalne, że ona tak tylko je i śpi?” Na co mój Czaro nie odpowiedział nic, tylko parsknął śmiechem... Myślę, że w ten wymowny sposób podsumował moje jakże, teraz już wiem, absurdalne pytanie.

Ale wiesz co? W obu przypadkach kiedy mijał 11 miesiąc życia moich dzieci, a ja z powodów zawodowych musiałam kończyć przygodę z karmieniem, moje motyle w brzuchu „zdychały” po raz kolejny. Towarzyszyły mi dokładnie te same negatywne uczucia, których doznałam na początku mojej ciężkiej drogi z laktacją. Dopiero wtedy zrozumiałam, jak karmienie piersią było dla mnie cenne i jak walka o to żeby się poukładało zaowocowała w niesamowite odczucia i uczucia. Pomyślałam sobie: „Jak to? To teraz muszę nagle zrezygnować ze wszystkiego co wywalczyłam? Ten początkowy ból i łzy mają iść na marne? Wszystkie moje starania po 11 miesiącach są nic nie ważne???” Myślałam, że początki były dla mnie niesamowicie trudne, ale prawda jest taka, że to dopiero rozstanie z karmieniem i bliskością moich dzieci była najtrudniejsza. Przy każdym „pożegnaniu z piersią” zdawałam sobie sprawę, że już nigdy z żadnym z moich dzieci nie będę fizycznie i mentalnie tak blisko, jak właśnie podczas karmienia. Z perspektywy czasu wiem, że laktacja jest odpowiedzią mojego organizmu na potrzeby dziecka, ale także odpowiedzią Maleństwa na naszą wspólną potrzebę przeżywania bliskości. Teraz to do mnie dotarło, chociaż pamiętam, że pierwsze 6 tygodni życia każdego mojego noworodka były dla mnie bardzo ciężkie. Dla Ciebie pewnie też...

 Nie ma złotych rad ani gotowych recept na udane karmienie piersią, bo na początku zawsze jest pod górkę. Twój instynkt, upartość w dążeniu do celu oraz najważniejsze - pokora i spokój, czynią cuda... Wiem, że brzmi to jak motywacyjne bzdety, które zalewają dzisiejszy Instagram niczym fale tsunami, ale faktycznie tak jest. Wyobraź sobie, że wsiadasz na pokład statku, którego właśnie Ty jesteś kapitanem. Na początku jest ciężko, bo musisz ominąć mielizny i obrać odpowiedni kurs, ale kiedy wypłyniesz już na pełne morze stajesz się Panią swojego losu. Oczywiście zdarzają się sztormy, (choroby, ząbkowanie) ale pamiętaj, że po burzy zawsze wychodzi słońce. Nie zapominaj, że to od Ciebie zależy jaką drogę wybierzesz. Nie daj się zepchnąć z torów. Masz prawo zachować swoją intymność podczas karmienia piersią, ale także nikt nie ma prawa krzywo na Ciebie spojrzeć, kiedy to robisz w miejscu publicznym. Potrzeby Twoje i dziecka są najważniejsze. Jeżeli ktoś próbuje Ci przekazać, że źle robisz kiedy karmisz na przykład w restauracji, pokaż im gdzie jest ich miejsce i że zwracając Ci uwagę lub rzucając nieciekawe spojrzenia, to właśnie oni stają się karykaturami ludzi. Nie daj nikomu obudzić w sobie poczucia winy. Słowo od Cioci Edytki? Pamiętaj...Walcz do końca. Ja wiem, że warto. Teraz będę karmić piersią moją córeczkę tak długo, jak tylko się da :) A co!

A TY? No cóż… Odłóż poradniki na półkę i spróbuj usłyszeć swój głos rozsądku. Wsłuchaj się w potrzeby własnego dziecka, a kiedy będziesz spokojna, będzie Ci łatwiej je zrozumieć. 

Na koniec moich wywodów poprosiłam bliskie mi kobiety o napisanie paru zdań na temat swoich odczuć towarzyszących im podczas karmienia piersią. Przeczytaj, może któraś z tych wypowiedzi bliska jest i Tobie

1. Przy pierwszym dziecku dość długo to trwało, zanim nauczyłam się jak to się robi. Z córką niestety straciłam pokarm po dwóch miesiącach ze względu na smutne perypetie życiowe. Nie wierzyłam, że tak może się stać, bo zawsze nie miałam problemów z laktacją. A jednak, mimo wielu prób, nie udało się. Teraz, z najmłodszą, już chyba w końcu pojęłam, o co w tym wszystkim chodzi - o chillout! Przede wszystkim mama MUSI być wyluzowana, spokojna i mieć świadomość swojej ogromnej MOCY. Może brzmi to patetycznie, ale jednak to wiara w siebie, że jestem super mamą pozwala wszystko ogarnąć. A pozytywy karmienia, to oczywiście oprócz głównego powodu, czyli dobra dziecka, niesie ze sobą super sprawę - to, że bardzo szybko można wrócić do formy jest jeszcze plus tzw ekonomiczny - jest darmowe. Dodatkowo zaoszczędza czas! Negatywy? Hm... Nie lubię karmić, gdy wszyscy mnie widzą. Lubię swoją intymność w tej kwestii czyli minusem jest to, że kiedy gdzieś wyjeżdżam, nakarmienie malucha jest dla mnie zwykle trochę udreka. Teraz na szczęście jest coraz więcej miejsc, gdzie mogę spokojnie karmić. Cieszy mnie to, że podejście ludzi się zmienia, jest dużo łatwiej.

Alicja mama Tadzia, Anielki i Aurelii

2. Będąc dwukrotnie w ciąży, najcudowniejszym uczuciem było doświadczanie dziecka w sobie. Ten delikatny dotyk był niepowtarzalnym uczuciem, którego nie można porównać z niczym innym. Po tym pięknym okresie, jego kontynuacją  było karmienie piersią. Bliskość  i miłość jaka wytworzyła się między nami była czymś nie do opisania. Karmiłam swoje córki dość długo. Kolejno 14 i 11 miesięcy. Dzisiaj, gdy moje córki mają już 14 i 8 lat, z zazdrością – tą pozytywną- spoglądam na matki karmiące. Uważam, że medialne propagowanie naturalnego karmienia, przyniosło wiele dobrego i dzisiaj naturalnym obrazem jest nieskrępowany widok karmiącej mamy.  Karmienie w momencie gdy dzidziuś tego potrzebuje, chodzi tutaj bowiem nie o miejsce lecz o czas.

                                                                               Dagmara, mama Aurelii i Arianki 

3. Na początku trochę bolesna sprawa ale po ok 10 dniach już w ogóle nie odczuwalne .Jak Wiki po 3 miesiącach nie chciała już jeść z moich piersi, to płakałam ze smutku, że nie pasuje jej mój pokarm. Chyba za łatwo się podałam, ale to też wynikało z niewiedzy na temat walki o pokarm .

         

 Marta, mama Wiktorii

4. Moje wspomnienie z doświadczania kamienia piersią to przede wszystkim niesamowita więź, takie kompletne scalenie mamy i dziecka... i świadomość, że jest się najważniejszym dla Tej maleńkiej istoty... Przewaga karmienia piersią nad pokarmem w proszku, to lepsza praca ukłądu pokarmowego dziecka i odżywcze posiłki - gdy przez 2 tygodnie nie mogłam karmić piersią i musiałam przyjąć antybiotyk, przeszłam na ten czas na sztuczny pokarm i okazało się, że moje maleńkie dziecko przybrało na wadze jedynie 70 gram tygodniowo, podczas gdy na moim pokarmie to było.. 400 gram . Dzięki mądrej pani doktor nie poddałam się i udało nam się wrócić po lekach do karmienia piersią. Cieszę się, że pani doktor zachęcała mnie do tego bym się nie poddawała... Po roku karmienia piersią ze smutkiem przestałam karmić piersią .

Aneta, mama Weroniki.

5. Karmiłam mojego synka rok czasu. To był niesamowity czas i niezapomniane chwile. Kiedy czułam się zmeczona, nagle przy karmieniu otrzymywałam od tego maleństwa sile i energie, wszystkie troski znikały. Czułam jak z dnia na dzień tworzy się między nami jakby porozumienie, więź, uczucie miłości do Niego stawalo się coraz silniejsze. Każdy dotyk, spojrzenie... tego się nie da dokładnie opisać. Coś magicznego.

Gosia, mama  Szymona 

6. Piersią karmiłam i córkę i syna. Każde z nich po ponad rok czasu. Początki karmienia były trudne bo wbrew pozorom nie jest tak prosto nauczyć siebie i noworodka przykładania do piersi. Ale za to trud nauki jest sowicie nagradzany. Karmienie moich dzieci, które miały już tak około trzech miesiecy i więcej to jedno z najpiękniejszych wspomnień macierzyństwa. Jedna rączka dziecka leży na piersi mamy, a drugą rączką łapie za swoją stópkę i bawi się nią, prostując i zginając. A przy tym ten uroczy odgłos przełykania pokarmu.A kiedy brzuszek był już trochę pełny to zaczynała się zabawa. Uśmiechy, całuski i przytulanki.... Ach, niezapomniane momenty ...Teraz kiedy moje dzieci mają po dwadzieścia lat, a ja spotyjam mamę karmiącą swoje małe szczęście na ławce w parku , uśmiecham się czule i na kilka chwil wracam myślami do swojego macierzyństwa.

Wiola, mama Alicji i Huberta

7.Nigdy nie zapomnę tego niepokoju, gdy po cesarskim cięciu położna przyniosła mi córeczkę na pierwsze karmienie. Z ulga obserwowałam jak mała przytula się do piersi i zaczyna ssać i był to jeden z najpiękniejszych momentów w moim życiu. Tyle się naczytałam w wujku Google, ze po cesarskim cięciu ciężko z karmieniem a od początku ciąży byłam nastawiona na karmienie piersią i nie było innej opcji . Wkrótce okazało się, ze mam aż nadto pokarmu, który leje się wszędzie i córeczka nie nadążała przełykać. Cudowne uczucie bliskości z dzieckiem musieliśmy zamienić na odciąganie pokarmu i karmienie butelka, co w praktyce oznaczało wielokrotne wstawanie w nocy i przerwy w ciągu dnia (na odciąganie zanim się dziecko obudzi i późniejsze karmienie). Czułam się trochę zdradzona i wymieniona na plastik, ale w końcu mała dostawała to co najlepsze. I karmić mogłam nie tylko ja, ale i mąż .Dzięki determinacji i samozaparciu karmiłam „piersią przez butelkę” przez pierwsze 9 miesięcy.

Kamila, mama Nadii i Kuby

foto: Amelka Pazura 

Z pamiętnika Miniaturka postu

Lista rzeczy na poród ( Odcinek YouTube + lista do pobrania w formacie PDF )

Pakowanie torby do szpitala, to moment w którym zdajemy sobie sprawę, że moment porodu jest już naprawdę blisko. To kiedy ją spakujemy zależy od nas samych, jednak stojąca przy drzwiach walizka, daje nam poczucie bezpieczeństwa i uczucia, że już nic nas nie może zaskoczyć. 

Moment wyczekiwania, a w szczególności ostatnich dni jest męczący… Nie tylko ze względu na gabaryty ciężarnej, ale czas który masz wrażenie, że ciągnie się nieubłaganie....

Od czego zacząć? Jak poprawnie spakować walizkę na poród do szpitala? Na co szczególnie zwrócić uwagę? Zobacz mój odcinek na YouTube https://www.youtube.com/watch?v=jY4eqwlj730 Mam nadzieję, że chociaż trochę Ci w tym pomogę. 

Zacznij od spakowania kosmetyczek. Wszystkie potrzebne rzeczy, które powinny się w nich znale

źć znajdziesz w „liście rzeczy na poród” którą Ci przygotowałam. Możesz ją pobrać w formacie PDF. Pamiętaj, że idziesz do szpitala ( w zależności od rodzaju porodu) na 2-4 dni, więc nie przesadzaj z ilością rzeczy. ( chyba, że będziecie musieli zostać dłużej, ale tego nie bierzemy pod uwagę :)) Taki szpitalny pobyt to dobry moment na wykorzystanie próbek, które dostałaś w drogerii lub przelanie ulubionych płynów do małych pojemniczków. 

Podziel walizkę na dwie części. Jedną przeznacz dla dziecka, a drugą dla swojego Maleństwa. 

Koniecznie wypierz wszystkie rzeczy w detergentach przeznaczonych dla dzieci. Ja dodatkowo obcinam wszystkie wiszące metki, które mogą podrażnić lub zranić delikatną skórę noworodka. 

Na sam koniec nie zapomnij spakować DOKUMENTÓW! Pamiętaj, że to bardzo ważne. W mojej liście znajdziesz, jakie dokładnie druki musisz mieć ze sobą. 

Oczywiście nie zapomnij spakować, rzeczy które dla Ciebie są niezbędne. Najlepiej zapisz sobie gdzieś na kolorowej karteczce o czym na pewno nie możesz zapomnieć. 

Trzymam kciuki i życzę POWODZENIA :) 

Edyta 

foto: https://pl.depositphotos.com

Z pamiętnika Miniaturka postu

PAKOWANIE. COROCZNA POWTÓRKA Z ROZRYWKI

Czy masz poczucie, że gdy w Twojej rodzinie rozbrzmiewa hasło „wakacje” to mdli Cię na samą myśl o pakowaniu? Szlak Cię trafia, kiedy wyciągasz walizki i myślisz od czego tu w ogóle zacząć? No to się pociesz, bo nie jesteś sama... Wiele osób, które muszą spakować więcej niż siebie samego ma z tym poważny problem. Pokażę Ci, jak przez ostatnie 10 lat wypracowałam sobie system pakowania, w którym poziom frustracji na myśl o rodzinnym wyjeździe spadł mi z 10. do jakichś 2... Idealnie nie jest, ale idealnie chyba nigdy nie będzie :)

1) SPOKOJNIE NIE PANIKUJ!

To pierwsza zasada. Pamiętaj, że nastawienie jest najważniejsze. Jeżeli już na stracie powiesz: „nie dam rady” lub słynne „ja chyba oszaleję” , to możesz być pewna, że faktycznie czeka Cię przedwakacyjna katastrofa. Dzieci bedą miały Ci za złe, że nie spakowałaś ich ulubionych zabawek lub tego konkretnego stroju w motylki, a Mąż znów spojrzy na Ciebie z wyrzutem pomieszanym z rezygnacją: „Jak mogłaś tego zapomnieć?” Ta spirala wspólnych pretensji najprawdopodobniej będzie ciągnęła się do trzeciego dnia Waszego wspólnego wyjazdu, aż w końcu dojdziesz do wniosku, że masz tego dosyć i to były ostatnie wspólne wakacje. Oczywiście z tym, że za rok- powtórka z rozrywki :D

2) ZAPLANUJ.

Zacznij pakować się tydzień wcześniej. Spokojnie... Nie mam na myśli układania ubrań do walizek z siedmiodniowym wyprzedzeniem, a zaplanowanie strategii pakowania. Zacznij od zrobienia listy rzeczy,czy listy lekarstw, których na pewno nie możesz zapomnieć ( np. soczewki, okulary, nurofen, czapka z daszkiem, nebulizator, ładowarka do telefonu, komputer, pompka, pianka do pływania). Najlepiej namierz wszystkie potrzebne rzeczy wcześniej, aby uniknąć biegania po domu w ostatniej chwili i krzyczenia: „ Gdzie to może być do jasnej cholery?!” Poukładaj wszystko w jednym miejscu i zrób listę potrzebnych rzeczy w telefonie. Wtedy na pewno nie zapomnisz telefonu:)

3) HIERARCHIA PRZEDE WSZYSTKIM.

W pierwszej kolejności zapakuj te rzeczy, które są niezębne i bez których ten wyjazd nie będzie taki sam. Zasada jest prosta- najpierw pakujemy rzeczy najpotrzebniejsze, dopiero później upychamy swoje fanaberie. Jeżeli lecisz samolotem będzie prościej, gdyż jesteś ograniczona liczbą pokładowych kilogramów. Ja po trzech wyjazdach zrezygnowałam z pakowania małej czarnej i szpilek :) Zawsze warto wcześniej zadzwonić lub napisać maila do obiektu i dowiedzieć się czym dysponuje ośrodek (pralka, suszarka, aneks kuchenny, ręczniki, kosmetyki,, żelazko) aby nie dublować niepotrzebnie rzeczy. Koniecznie zrób tzw: „miejscowy resarch” Dowiedz się jak daleko jest do najbliższego sklepu i apteki. Jeżeli masz „rzut beretem” to nie warto brać osobnej walizki na kosmetyki i lekarstwa :)

4) POSTAW NA MINIMALIZM

To było dla mnie jak walka z wiatrakami. Wydawało mi się, że jeżeli mam dużą rodzinę to od razu muszę wyglądać na wakacjach jak cygański tabor. Lubiłam dużo i jeszcze więcej, aż na końcu okazywało się, że zużywałam 1/4 wszystkich rzeczy. Kiedy podróżuję samochodem, zamiast walizek stawiam na worki próżniowe ( ja używam tych z Tchibo, ze względu na trwały materiał). Po raz pierwszy zaproponowałam to mojemu Mężowi jakieś 10 lat temu, kiedy jechaliśmy na narty do Austrii. Powiedział wówczas: „rany boskie... Ale obciach”. Wśród wszystkich gości hotelowych i ich markowych walizek Louis Vuitton za paręnaście tysięcy złotych, byliśmy jedyną rodziną z worami na ciuchy. :) Hotelowy boy jak to zobaczył nie palił się zbytnio z pomocą, bo myślał zapewne , że wygraliśmy zimową wycieczkę zgadując „hasło klucz” w gazetowej krzyżówce. Finał tej historii jest taki, że cztery lata jeździliśmy do tego samego hotelu i w ostanim roku połowa gości przyjechała spakowana w worki próżniowe. Jedna z przebywających tam regularnie Austriaczek zaczepiła mnie i zapytała czy mam jeszcze jakieś ciekawe patenty na podróżowanie, bo my Polki jesteśmy najlepsze w te klocki i to ode mnie podejrzała metodę „na worek”. Poczułam się niczym Skłodowska- Curie polskiego, wakacyjnego pakowania :) Ubrania do tzw: "próżniarki",  a wtedy kosmetyczki, buty i inne gadżety zmieścisz do jednej walizki.  

Na rodzinne wyjazdy świetnie sprawdzają się małe buteleczki wielokrotnego użytku do którego możemy przelać ulubiony płyn, czy balsam. Wówczas wszystkie smarowidła zmieścimy do kosmetyczki, a nie osobnej walizki :D Ja wyznaję zasadę, że całą tzw. pielęgnacje dopasowuję pod najmłodszego w rodzinie- jeżeli może używać ten najmniejszy, to tym bardziej załapią się i te większe dzieciaki.To również czas kiedy biorę ze sobą i wykorzystuję wszystkie kosmetyczne próbki. Dlaczego? Po pierwsze zajmują mało miejsca, a po drugie wakacje to odpowiedni czas na rozkoszowanie się różnorodnymi kosmetykami.

Jeżeli bierzesz jakieś lekarstwa lub witaminy na stałe, warto je przesypać do jednego, dzielonego pojemniczka. Może Ci się to wydać dziwne , ale ten mój na zdjęciu to pojemniczek na gwoździe kupiony w sklepie budowlanym :D Jest świetny i można z powodzeniem na pokrywce, podpisać niezmywalnym pisakiem nazwy Twoich lekarstw czy suplementów.Jeżeli organizujesz podróżną apteczkę warto również pozbyć się opakowań z lekarstw. Zostaw sobie ulotki lub jeżeli masz dostęp do internetu, to dawkowanie odnajdziesz w sieci. Zobaczysz ile miejsca możesz zaoszczędzić!

5) ROZKOSZUJ SIĘ WAKACJAMI!

Jeżeli już jesteś w podróży na wakacje, to zamknij rozdział pakowania wraz z drzwiami swojego domu. Napij się wina, piwa czy wódki- zagryź ogórkiem, ciesz się chwilą i nie rozmyślaj, czy przypadkiem czegoś nie zapomniałaś. Nawet jeżeli, to zapewne   nie jedziesz na koniec świata i nie ma się co spinać- czyli wracamy do punktu numer 1 :) Podejście najważniejsze. Don’t worry- be happy :)

Autor: Edyta Pazura

foto: https://pl.depositphotos.com

www.tchibo.pl

Edyta Pazura

Porady Miniaturka postu

Cukrzyca ciążowa. Nie bój się...

Co warto wiedzieć o cukrzycy ciążowej.

Od 3% do 6% przyszłych mam zmaga się z cukrzycą ciążową. Mówimy o niej wtedy, gdy dochodzi do zaburzeń gospodarki węglowodanowej z powodów zmian hormonalnych. Dzieje się to zazwyczaj w piątym lub szóstym miesiącu ciąży i skutkuje przejściem mamy na restrykcyjną dietę, a czasem też podawaniem insuliny w zastrzykach. Wyrównanie poziomu insuliny jest bowiem kluczowe dla rozwoju dziecka i zdrowia kobiety – mówi dr n.med. Ewa Kurowska, ginekolog-położnik z warszawskiego Szpitala Medicover

Przyczyny

W okresie ciąży zwiększa się zapotrzebowanie organizmu na insulinę, czyli na hormon kluczowy dla metabolizmu węglowodanów. Odpowiedzialna za jego wytwarzanie tego trzustka zazwyczaj podnosi swoją wydajność i dostosowuje się do nowej sytuacji, chyba, że przeszkodzą jej w tym hormony wydzielane przez łożysko, co dzieje się u 3 do 6 na 100 kobiet w ciąży. Wtedy dochodzi do insulinoodporności i wzrostu poziomu glukozy we krwi. Organizm nie ma jak zrobić z niej użytku więc czerpie energię z tłuszczów i białek. Niestety produktem ubocznym tego zjawiska są ketony, zakwaszające organizm i zaburzające czynności wielu organów. Jest to sytuacja groźna zarówno dla matki jak i dziecka - – wyjaśnia dr Kurowska ze Szpitala Medicover.

Objawy

Cukrzyca ciążowa nie daje zbyt jednoznacznych objawów. Jednak kiedy pojawiają się:

  •  Napady wilczego głodu i silnego pragnienia
  •  Częste oddawanie moczu
  •  Nawracające bóle głowy
  •  Osłabiony wzrok
  •  Złe samopoczucie

Rozpoznanie

W I trymestrze wykonywane są standardowe badania i jeśli przyszła mama nie zmagała się z cukrzycą przed ciążą, to zazwyczaj nie ma powodów do niepokoju, bo poziom cukru we krwi na czczo nie przekracza normy 100 mg/dl. Dopiero w kolejnym teście glukozy, wykonywanym na przełomie II i III trymestru dochodzi do ewentualnego rozpoznania cukrzycy ciążowej. Wtedy krew jest pobierana na czczo oraz po godzinie lub dwóch od wypicia roztworu z 75 gramami glukozy. Wyniki badania na czczo powyżej 91 mg/dl, po godzinie powyżej 180 mg/dl i po dwóch godzinach powyżej 153 mg/dl wskazują na cukrzycę ciążową.

Polskie Towarzystwo Ginekologiczne zaleca, aby:

  •  test był wykonywany na czczo;
  •  w 8–14 godz. od ostatniego posiłku;
  •  przynajmniej przez 3 dni przed wykonaniem badania nie należy ograniczać zawartości węglowodanów w diecie, czyli należy spożywać dietę, która spożywana była do tej pory;

Leczenie 

Jeśli test potwierdza cukrzycę, przyszła mama trafia pod opiekę specjalistycznej poradni, w której nad zdrowiem jej i dziecka będą czuwać: położnik, diabetolog, dietetyk i neonatolog. Tam otrzymuje zalecenia dotyczące diety, która jest podstawą leczenia i zazwyczaj w zupełności wystarcza. Wartość przyjmowanych posiłków nie powinna przekraczać 2200kcal na dobę. Należy je rozłożyć na 5-6 niezbyt obfitych porcji w równych odstępach czasu i o żadnym z nich nie zapominać. Bardzo ważny jest lekki posiłek tuż przed snem, dzięki czemu w nocy nie dochodzi do nagłego spadku glukozy w organizmie. Niektóre produkty definitywnie należy odstawić – niestety należą do nich wszelkie słodycze, czekolada i miód. Inne trzeba mocno ograniczyć – m.in. banany, winogrona, suszone owoce, gruszki. Soki owocowe natomiast dobrze jest rozcieńczać pół na pół z wodą i podobnie jak owoców nie spożywać po godzinie 18:00.  

Do woli natomiast można jeść surowe warzywa, które dzięki zawartości błonnika ułatwiają stabilne wchłanianie glukozy. Przy diecie cukrzycowej białe pieczywo koniecznie trzeba zastąpić pełnoziarnistym, a ziemniaki i makarony – kaszami. Zamiast tłuszczów zwierzęcych należy wybierać roślinne, a z mięsa – najlepiej ryby i chudą cielęcinę. Ważne jest też picie minimum 2l wody dziennie oraz umiarkowany wysiłek fizyczny – spacery, pływanie. Jeśli mimo dokładnego przestrzegania zaleceń dietetyka poziom glukozy utrzymuje się na wysokim poziomie, prawdopodobnie będzie konieczne podawanie insuliny w zastrzykach.

Kto jest w grupie ryzyka?

Szczególnie uważne na objawy cukrzycy ciążowej powinny być kobiety, które:

  •  mają sporą nadwagę
  •  są powyżej 35 roku życia
  •  urodziły więcej niż dwoje dzieci
  •  urodziły dziecko o wadze powyżej 4 kg.
  •  zmagały się z cukrzycą w poprzedniej ciąży
  •  przed zajściem w ciąży miały problemy z nadciśnieniem
  •  w bliskiej rodzinie mają chorego na cukrzycę typu 2
  •  mają zdiagnozowany zespół policystycznych jajników

Warto pamiętać, że cukrzyca ciążowa nie stanowi dużego zagrożenia, jeśli w porę zostanie zdiagnozowana i leczona. Zazwyczaj poziom glukozy wraca do normy po kilku lub kilkunastu dniach po porodzie. Z drugiej strony – zlekceważenie problemu, może okazać się wyjątkowo bolesne w skutkach, do których należą:

  • przedwczesny poród, a nawet poronienie
  • nadciśnienie tętnicze i stan przedrzucawkowy
  • duży masa urodzeniowa dziecka (nawet ok. 5kg), co stanowi ryzyko powikłań przy porodzie
  • wady wrodzone u maluszka - serca, układu nerwowego, układu moczowego 

Dr n. med. Ewa Kurowska – szefowa Oddziału Położniczego Szpitala Medicover. Przyjmuje porody i dąży do tego, aby każda mama czuła się tu bezpiecznie, mając świadomość profesjonalizmu osób opiekujących się nią i jej nowo narodzonym dzieckiem. Ukończyła Akademię Medyczną w Białymstoku. Ma specjalizację II stopnia z ginekologii i położnictwa. Interesują ją techniki endoskopowe. Zajmuje się też ginekologią estetyczną. Z wyróżnieniem obroniła pracę doktorską dotyczącą leczenia pacjentek z rakiem jajnika. Jest wykładowcą na kongresach medycznych i na Uniwersytecie Zdrowia Kobiety.

Porady Miniaturka postu

Trzeba czasem przewietrzyć szafę.

Zdarza mi się czasami wietrzyć szafę… ale nie taką z ubraniami…

Szafę moich relacji z innymi… Wiszą w niej ubrania starsze i nowe oraz takie, które kupiłam, ale jeszcze nie nosiłam… Też tak zapewne macie w swoich szafach oraz relacjach…

Są takie ubrania - relacje, które mimo różnych dziur, wieloletnich przeróbek i napraw nadal mają miejsce w mojej szafie. Te nadal zatrzymuję myśląc o tym jak zachować je w najlepszej kondycji.

Są też takie, które nieco wystygły… kiedy dostrzegam, że nasz kontakt jest coraz bardziej sporadyczny, albo że jedynym inicjatorem dalszych spotkań jestem ja… daję odpocząć tej relacji… czekając czy druga strona ma potrzebę dalszego budowania relacji… Zdarza mi się walczyć lub mówić wprost, że brakuje mi tej osoby, ale czasami, gdy nie ma tu równowagi… odpuszczam…

Są też takie relacje, w których tkwimy od lat, ale wiemy już od dawna, że nam nie służą, że nie czujemy się dobrze pod kolejnym spotkaniu… Te relacje warto wziąć pod lupę i zastanowić się co takiego się dzieje… Co ci „robi” kolejne spotkanie czy rozmowa z tą osobą?

„Wietrzenie szafy” wymaga odwagi i unikania pochopności w działaniu. 

Zachęcam Cię do ćwiczenia, w którym staniesz z perspektywy kamery przemysłowej:

1. Przyjrzyj się swoim relacjom, co dostrzegasz w odniesieniu do każdej z nich lub względem wybranej relacji ? 

2. Jaki tu panuje schemat? 

3. Czy ten schemat Ci służy? 

4. Czy jest dla Ciebie użyteczny i ekologiczny? Jednym zdaniem: „czy robi Ci dobrze?”. 

5. Zastanów się jaką decyzję potrzebujesz podjąć w tej sprawie. 

6. Zaobserwuj potem jak się czujesz z podjętą decyzją w sprawie danej relacji?

Zrób sobie własną listę takich relacji, które potrzebujesz „przewietrzyć” i zrób eksperyment - porozmawiaj z ludźmi o tym co Ci doskwiera w tej relacji, powiedz ci Cię boli, lub daj przestrzeń na inicjatywę drugiej strony. Jeśli nie ma reakcji na ciszę z Twojej strony, może warto odpuścić? Moja koleżanka na zarzut rozmówcy „bo ty do mnie wcale nie dzwonisz” odpowiedziała „wiesz, telefon ma taką funkcję wybierania numerów i nie tylko służy do odbierania połączeń, ty też może do mnie zawsze zadzwonić…”

Ty też masz wpływ na to jak wygląda Twoja relacja z daną osobą.

Pytania, które warto zadać sobie w pracy nad tym tematem: 

* Jak czuję się w tej relacji?

* Co zyskuję w tej relacji?

* Co tracę będąc w tej relacji?

* Od czego zacznę?

* Jaki będzie Mój pierwszy krok już dziś?

Aneta Szyłańska 

Właściciel firmy Human Asset, Senior Konsultant - posiada 12-letnie doświadczenie w branży doradztwa personalnego. Twórca metodologii i manager projektów diagnozy potencjału kompetencji pracowników z różnorodnych branż. Specjalizuje się w prowadzeniu indywidualnych i grupowych procesów coachingowych. Prowadzi warsztaty aktywizacji zawodowej w projektach kreowania kariery. Jest autorką warsztatów w ramach Akademii Menedżera. Posiada doświadczenie w pracy zarówno w środowisku korporacyjnym, jak i w branży consultingowej. Absolwentka Akademii Leona Koźmińskiego (Zarządzanie ludźmi w firmie; Zarządzanie kompetencjami Pracowników; Szkolenie i Rozwój oraz Kurs Trenerski). Uprawnienia: Akredytowany Coach Praktyk Biznesu (International EMCC Practitioner Coach; Racjonalna Terapia Zachowań – stopień I). Team Coach (2014), Coaching zdrowia (2017), Profesjonalny Mentor (2018).

O AUTORCE

Z wykształcenia jestem marketingowcem. Ukończyłam studia magisterskie z zarządzania i doradztwa gospodarczego na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Póżniej dodatkowo kształciłam się na Akademii Leona Koźmińskiego, kończąc między innymi studia z obszaru zarządzania w sektorze medialnym. Mam wiele pasji: kocham gotować i fotografować. Po tym jak sama zaaranżowałam swój dom, moim wielkim zamiłowaniem stało się projektowanie wnętrz.
Czytaj więcej..

#Mój instagram
Kontakt:
imaybebaby@imaybebaby.com
Liczba odwiedzin
99266